Czytelnia / Teoria tłumaczenia

P. Słuszkiewicz traci dużo czasu i słów, ażeby dowieść, że samo przypadkowe podobieństwo dźwięków nic nie znaczy. Przytacza przykład Rhein (nazwa rzeki) i (gr. płynąć), jako odpowiedniki Suevi — Słewi i zdaje mu się, że to przykład bardzo trafny. Cytując moje zdanie o przypadkowym podobieństwie słów Suevi —Szwabi, woła medice, cura te ipsum! Tu muszę stwierdzić, że p. Słuszkiewicz nie zrozumiał najprostszych rzeczy. Postaram się mu to wyjaśnić na przykładzie.

Stolica starożytnego imperium rzymskiego nazywała się Roma, obecnie stolicą państwa rzymskiego jest też Roma. Czy to jest przypadkowy zbieg dźwięków? Przecież nawet p. Słuszkiewicz nie powie, że to są nazwy nie identyczne, chociaż nie są współczesne, co przeczy jego tylokrotnie podnoszone niezawodnej metodzie badania, bo i starożytna nazwa Roma i nazwa współczesna Rzymu odnosi się do jednego miejsca i do jednego miasta, a zatem mogą być porównywane, a Rhein i poza przypadkowym zbiegiem dźwięków nie mają żadnych podstaw do porównania, Tak samo nazwy Suevi i Slavi, o których historia mówi, że są nazwą jednego narodu—mogą być porównywane, a nazwy Suevi—Szwabi porównywalne być z sobą nie mogą, gdyż prócz podobieństwa nazwy nic z sobą wspólnego nie mają.

P. Słuszkiewicz mówi, że sprawa utożsamiania nazw Suevi — Slavi upadla ostatecznie w 1910 r. wobec czego nie może być omawiana. To nie jest argument. I Ptolemeusz przyjąl system geocentryczny, choć przed nim Arystarch z Samoi twierdził, że ziemia koło słońca się obraca. Sprawa ta wznowiona przez Kopernika zatriumfowała. Czy p. Słuszkiewicz uważa, że źle się stało?

Polemika z p. Słuszkiewiczem przedstawia pewną trudność. Mianowicie długo trzeba szukać, nim się znajdzie jego zdanie własne. Na str. 792 mówi wyraźnie, ze woli wierzyć Niederlemu niż p. Daniewskiemu. Do wierzenia ucieka się człowiek wtedy, gdy rozumowanie zawodzi. W badaniach naukowych sama wiara w czyjść autorytet nie jest jeszcze argumentem. Pewna doza krytycyzmu i samodzielność badania potrzebne są także i językoznawcy, choćby nawet nie był specjalistą w dziedzinie historii. Jak jest zawodne powoływanie się wyłącznie na autorytety, demonstruje sam p. Słuszkiewicz w pierwszej części swego artykułu. Zestawił on tam bardzo pracowicie wszystko, co do tej pory pisano w sprawie pochodzenia nazwy Słowian. Cały szereg autorytetów wypowiada tam swoje zdania, każdy co innego. Na który z tych autorytetów ma się powołać ten, kto własnego umotywowanego zdania nie ma? I p. Słuszkiewicz w danym wypadku nie wie, na który się powołać i stanowisko swoje w tej sprawie określa, cytując ze znanego wszystkim wiersza, co następuje: „i to pachnie i to nęci". Wiadomo nam wszystkim, czym się la bajeczka kończy. Bohater tego opowiadania osiołek padł między dwoma żłobami i nic nie wymyślił. Nie jest to dobry sposób, który prowadzi do takiego skutku. Nawet od ucznia więcej wymagać można, niż powoływanie się na słowa nauczyciela.

Z nieznajomości strony historycznej wynikają błędy, jakie p. Słuszkiewicz popełnia. Dla należytej oceny językowej trzeba znać też stronę historyczną i to nie z relacji jednego uczonego, czy encyklopedii — która jest 'wydaniem popularnym i nie może służyć dla badacza za źródło informacji, z którego mógłby bezkrytycznie korzystać, Trzeba poznać dzieła uczonych obu kierunków historycznych — zarówno autochtonistów jak i zwolenników szkoły berlińsko-austriackiej. Bez tego sądu o sprawach nazw narodów wydawać nie można.

Dodać należy, że artykuł p. Sluszkiewicza, pisany na zamówienie ze góry powziętą tendencją, zawiera mniej rzeczowych wywodów, niż osobistych napaści i pseudodowcipów. Dowody zaczerpnięte niby z praw językowych bujają bez żadnego realnego oparcia. Siekanina cytat i wyjątków z różnych autorów — mówiąc wyrażeniem p. Sluszkiewicza — istny bigos. Rzeczowe dane przeplata wylewami złego humoru, trywialnymi wyrażeniami, unosi się, co już świadczy, że realnych argumentów nie posiada.

Boć gdyby były jasne rzeczowe dowody, niezbicie podważające moje twierdzenia — wyłożyłby je krótko, sine ira et studio — a czytelnik samby wiedział, co o autorze czy zwolenniku tego rodzaju teorii sądzić, Sam p. Sluszkiewicz widzi chwiejność swych argumentów, mających niby uniemożliwić identyfikację, o którą chodzi, a braki argumentacyjne stara się nadsztukować swadą i tupetem.
Ton pracy p. Sluszkiewicza nie jest godny polemiki naukowej, nie licuje też z ważnością rozpatrywanego zagadnienia. Ordynarne przytyki pozostawiam bez odpowiedzi, ograniczając się jedynie do rzeczy, które mogłyby wyświetlić sprawę.