Czytelnia / Teoria tłumaczenia

Język źródłowy a język docelowy – co jest ważniejsze w procesie tłumaczenia?

Dr David Petersen

tłum. Anna Kuzdra

Źródło:

 

Nie licząc kilku dobrowolnych projektów, moja przygoda z tłumaczeniem rozpoczęła się w prywatnej szkole w Hiroszimie, gdzie pracowałem jako nauczyciel. Instytut anglistyki wziął odpowiedzialność za wizytę autorki powieści o bombardowaniu atomowym. Zebrała ona serię transkryptów wywiadów w j. japońskim z ofiarami bomby atomowej i zwróciła się do nas w celu uzyskania wersji angielskiej.

Projekt miał trwać 6 miesięcy. Instytut przyjął zlecenie, ale pierwszy raz miał do czynienia z tłumaczeniem i nie było mowy o wykonywaniu projektu na pełnym etacie. Wiedząc o moim zamiarze zostania tłumaczem, część odpowiedzialności złożono na mnie i ostatecznie większa część materiału wylądowała na moim biurku.

Okazja była interesująca, a materiał istotny, jednak od strony praktycznej wyglądało to zniechęcająco. Problemem był rozdźwięk pomiędzy moim książkowym japońskim a tekstem, który miałem tłumaczyć – wyrywkowym, pełnym potocznych konstrukcji gramatycznych, niedokończonych zdań i emocjonalnego tonu.

Czas ponaglał, a ja nie chciałem ukazać szkoły w złym świetle, więc ostatecznie zorganizowałem swego rodzaju zespół tłumaczeniowy z japońskimi kolegami po fachu: czytałem teksty w celu ogólnego ich zrozumienia, a potem dyskutowaliśmy z moimi mentorami o tym, co według nas mówca chciał przekazać. Poprawiali moje oparte na intuicji wersje, które odbiegały od oryginału, zwłaszcza w przypadku idiomatycznych fragmentów.

Robiłem notatki podczas tych spotkań i porównywałem z oryginałem, a później wymyślałem angielskie odpowiedniki. W wersji, którą ostatecznie przekazaliśmy, widać było nasze skoncentrowanie się na przekazaniu głównych idei w jak najbardziej czytelny sposób, a nie na zachowaniu struktur z transkryptów. Myślę, że było to tłumaczenie nastawione na język docelowy – widoczna była rozbieżność między tekstem źródłowym a ostateczną wersją.

Możliwość pracy na pełen etat pojawiła się ostatecznie w jednym z większych biur tłumaczeniowych w Hiroszimie. Dzięki akceptacji tej oferty poznałem metody pracy profesjonalnych tłumaczy, a także cenne, lecz czasem problematyczne wskazówki dotyczące różnych sposobów radzenia sobie z tekstem.

Główną cechą tego podejścia było coś, co nazywam tłumaczeniem nastawionym na tekst źródłowy, z powodu stopnia, w jakim tekst ten wpływał na terminologię i rytm przekładu. To klasyczne podejście kładące nacisk na zachowanie w tłumaczeniu końcowym jak najwięcej ze struktury języka japońskiego sprawiało, że tekst docelowy, choć nie zawsze zadowalający estetycznie, był dokładny i wierny. Był to styl tradycyjny, odzwierciedlający lata spełniania oczekiwań klientów.

W czasie polemik z pisarzami stało się jasne, że tłumaczenie oparte na tekście źródłowym jest ściśle związane z pojęciem odwzorowywania – przekonania, że zawsze można znaleźć odpowiednik danego słowa lub frazy w języku docelowym. Mniej przekonujące były sugestie pojawiające się w biurze, że takie korelacje są niezmienne i nie zależą od kontekstu. (Hofstadter przyjmuje zupełnie inne stanowisko w kwestii zapotrzebowania na modele ewolucyjne, jeżeli tłumaczenie maszynowe miałoby kiedykolwiek stanowić alternatywę dla umiejętności ludzkich).