Czytelnia / Teoria tłumaczenia

Daty są oczywiście tylko przypuszczalne, ale to nie jest to samo co stwierdzenie, że są niemożliwe.

Kolejne twierdzenie w tej materii koncentruje się na fakcie, czy krtań naszych prehistorycznych przodków była zdolna do czegoś tak wyszukanego jak prawdziwa mowa, oraz czy kość gnykowa mogła współpracować z krtanią.

Nie widzę przyczyny, dla której nasi przodkowie mieliby nagle odkryć „prawdziwą mowę" i w każdym wypadku dowód nie jest oczywisty.

Nie ma też niepodważalnej przyczyny, żeby przypuszczać, - jak mówią niektórzy teoretycy - że pierwsze języki musiały mieć tyle samo dźwięków co języki współczesne: tutaj także mógł mieć miejsce proces ewolucji.

A przynajmniej niektórzy teoretycy spekulujący na ten temat cierpią na „dyschronopię": na przykład Steven Pinker w swojej ostatniej książce  Words and Rules twierdzi, że racjonalne jest przypuszczenie, iż język zmienił się tylko raz i tym samym zbliża się do biblijnego założenia jednego języka i wydarzenia z wieżą Babel w tle, którego skutkiem jest powstanie wielu języków z jednego.

Pinker przytacza także głupotę słynnej wersalskiej damy dworu z dzieła Voltaire'a, która powiedziała:

„Jaka szkoda, że to wydarzenie z wieżą Babel pomieszało wszystkie języki - w przeciwnym razie wszyscy już zawsze mówiliby po francusku".

Pinkerowi nie udaje się dostrzec, że ludzka ewolucja to proces ciągły i bardzo powolny, trwający ponad cztery miliony lat, podczas których język mógł ewoluować setki razy, o ile to było potrzebne.

Ewolucja ciągle trwa, nawet na najbardziej prymitywnym poziomie, w morzach dookoła nas i prawdopodobnie także w morzu naszego krwiobiegu, który odżywia nasz mózg.

Nie jestem pewien ile popierających dowodów muszę przedstawić, żeby przekonać o tym, że prezentowana tutaj teoria raczej nie jest prawdziwa i wierzę, że obowiązkiem jej przeciwników jest przedstawienie odpowiedniego dowodu.

A moim zdaniem to może być nawet trudniejsze niż przedstawienie przeze mnie ostatecznego dowodu na prawdziwość teorii, a także poszlakowego dowodu wraz z eksperymentem, który niebawem wyjaśnię.

Mam także inne przemyślenia w tej kwestii sformułowane jedynie za pomocą słów, ponieważ jedynym miejscem gdzie są zapisane jest specjalny folder w pełni legalnym programie Cała prawda o translacji na moim komputerze.

Innymi słowy, nie bierzmy na serio tej koncepcji i załóżmy, że nasze języki (a także pewnie nasze zrozumienie) mogą być przygnębiające i wątpliwą zewnętrzną powłoką, a właściwie biologicznym, zdeterminowanym ewolucyjnie rozszerzeniem nas samych, chociaż to nawet nie ma wymiaru fizycznego i jest czymś czego nie da się ani zobaczyć, ani przejrzeć.

Dowodem na istnienie takiej powłoki jest fakt, że każdego dnia wchodzimy w różnego rodzaju interakcje, że rozumiemy i nie rozumiemy się nawzajem, fakt, że wszystkie pomyłki lub niedociągnięcia w tłumaczeniu pomiędzy dwoma językami lub rozumieniu pojedynczych słów robimy nieświadomie.