Czytelnia / Teoria tłumaczenia

Kiedy jednak zajmiemy się kwestiami bliższymi naszej rzeczywistości i będziemy w stanie lepiej rozpoznać cechy tego ograniczającego nas medium, które sami sobie narzuciliśmy, odkryjemy, że mieści się ono w ramach uważanych przez nas za oczywiste i które określających sposób, w jaki prezentowane są różne informacje, czy to w gazetach, w radiu, telewizji, w sztukach teatralnych i musicalach, w scenerii filmów i ich rekwizytach, czy w programie dużych publicznych spotkań i festiwali, czy może nawet w strukturze prac naukowych.

Z pewnością wiele z tego, co nazywamy „językoznawstwem" napisane jest w „języku publicznej prezentacji".

Kiedy w latach 60. byłem w Berlinie, funkcjonowała tam specjalna nazwa dla tego pojęcia: Informationsesthetik, estetyka informacji, la estética de la información, ale na próżno próbowałem się później dowiedzieć, czy inni uczeni jeszcze o tym mówią.

Innymi słowy, to pojęcie mogło określać nasz własny „język publicznej prezentacji", czyli tę barierę, którą trzeba pokonać, by sięgnąć do być może lepszej, otaczającej nas rzeczywistości.

Chciałbym podkreślić, że wcale nie uważam, by chińskie czteroznakowe frazy miały podzielić los dwuwierszy aleksandryjskich, bo są w porównaniu do nich dużo bardziej elastyczne i pełne wyrazu, a poza tym są ściśle umiejscowione w strukturze języka.

Często możliwe jest, by za pomocą zaledwie czterech chińskich znaków wyrazić myśli, których zapis wymagałby o wiele więcej słów w większości języków zachodnich.

Na przykład wzięte na chybił trafił ze słownika pojęcia „pojemność rejestrowana brutto", „ciało jamiste i gąbczaste" i „wstrząs pierwotny", zawierające od czterech do dziewięciu sylab, w języku chińskim dałyby się zapisać w czterech jednosylabowych znakach.

Z pewnością wyrażenia te mogą wydawać się nieco niezrozumiałe dla chińskich czytelników, ale ze względu na półobrazkową naturę języka chińskiego mogą one jednak dostarczyć więcej informacji niedoinformowanemu Chińczykowi niż ich fonetyczne odpowiedniki w innym języku.

Ale czy ma to coś wspólnego z tłumaczeniem? Całkiem sporo, jak się okazuje. Jeśli zajmujemy się „językiem publicznej prezentacji" w ramach jednego języka czy jednej kultury, bardzo trudne staje się przetłumaczenie go na inny język lub odwrotnie.

Dlatego Wolter uznał swój sposób za jedyny możliwy na przetłumaczenie Hamleta i dlatego wydaje nam się prawie niemożliwe, by przetłumaczyć chińskie pojęcia medyczne na któryś z zachodnich języków czy odpowiednio prowadzić dyskusje na temat ważkich potrzeb socjalnych, ekonomicznych czy kulturowych.

Pozwolę sobie też dodać, że ten właśnie „język publicznej prezentacji" przysporzył trudności w tłumaczeniu obcojęzycznych książek na chiński.

Oto fragment mojego pomysłu na muzeum translacji: dwaj najsłynniejsi chińscy tłumacze to Yanfu i Linshu. Istniał taki proces, że tłumacz czytał na głos swoje tłumaczenie oryginału, a uczony przekształcał to na poprawny, literacki chiński.

Według pewnego źródła to, co z tego wychodziło, często w znacznym stopniu różniło się od oryginału. Ci tłumacze pracowali bez wytchnienia, a na podstawie ich wyboru dzieł chińscy odbiorcy budowali swoje pierwsze wyobrażenia o zachodniej literaturze.