Czytelnia / Teoria tłumaczenia

Oczywiście wkrótce kolonialne nadużycia mogły właśnie z tego powodu być umniejszane bądź usprawiedliwiane. Jednak obserwowanie pewnych spraw z perspektywy flamandzkich separatystów grozi nam straceniem z oczu symboliczno- strategicznej reputacji hasła „Belgia".

Belgijska decyzja, co do przejęcia Konga od Leopolda II jako kolonii, w dużym stopniu została zdeterminowana przez polityczną presję zagranicznych supermocarstw i konsekwentnie (niektórzy mogą nie zgadzać się z tym korzystając z retoryki odwrotnej do antykolonialnej) stała się produktem anglosaskiej kolonizacji dyplomatycznej ówczesnej belgijskiej polityki.

Belgia, jako małe państwo, została zmuszona do kolonizowania i zostało jej to narzucone, a jej suwerenność została oddana w ofierze supermocarstwom na ich ołtarzu władzy.

Kongo miało być „buforową kolonią" i konsekwentnie miało stać się afrykańskim odbiciem lustrzanym geopolitycznej pozycji Belgii w Europie. Nie można było wyobrazić sobie lepszego rządcy buforowej kolonii Kongo, niż buforowego państwa - Belgii.

Rzeczywiście, w afro-europejskiej sali lustrzanej jądro ciemności jest jedynie ciemnym biegunem rozpalonych „skrzyżowanych dróg Europy", który jak wszyscy wiemy, szczyci się faktem, iż jest jedynym krajem, który może być obserwowany z kosmosu.

Belgijsko-kongijskia (wyimaginowana) społeczność

Dla przedfederalnej unitariańskiej Belgii strata Konga w 1960 roku oznaczała nie tylko utracenie koloni, lecz także (wyimaginowanej) społeczności, odzwierciedlenia, dla którego kolonia w dużym stopniu nabywała domniemaną tożsamość.[25]

Przykładowo, w filmie dokumentalnym Gerarda de Boe'a Une journée dans une famille belge z 1947 roku, kongijski uczony opisuje tydzień z życia prawdopodobnie typowej belgijskiej rodziny Stevensów.[26]

Mimo iż film ten miał na celu propagandę modelu specyficznego zachodniego stylu życia i odgrywania ról - gdzie przede wszystkim czystość i higiena były wysoko cenione - i mimo iż był kierowany głównie do Kongijczyków, stał się popularny szczególnie pośród belgijskich kolonizatorów.

Przez antropologiczny punkt widzenia innej osoby (kongijskiego naukowca) odkryli rzekomą „własną" belgijską tożsamość, która dla tych, którzy przez dłuższy czas mieszkali z dala od Belgii, stała się obcym i egzotycznym aspektem.

W tej belgijskiej produkcji kongijski uczony jest oczywiście wyłącznie brzuchomówcą historii o nich samych (Belgach), którą Belgowie chcieli przypisać Kongijczykom.

To nie przypadek, że naukowiec mówił głosem marionetki. Poprzez przedstawienie historii wyimaginowanej społeczności belgijskiej przez Kongijczyka zwiększono wiarygodność i obiektywność historii.

Podczas gdy Une journée dans une famille belge przybiera paternalistyczny, edukacyjny ton i w ten sposób bezwzględnie z góry zakłada różnicę, która musi zostać zmniejszona, pomiędzy modelem życia Kongijczyków a modelem życia Belgów - z brudnego w czysty, z niehigienicznego w higieniczny - w latach pięćdziesiątych the Office de l'Information et des Relations Publiques pour le Congo miało w coraz większym stopniu uwydatniać podobieństwa pomiędzy Belgami i Kongijczykami.