Czytelnia / Teoria tłumaczenia

W najlepszym wypadku nacjonalizm toleruje mniejszości na swoim terenie, jeśli poddają się one dominującemu językowi, kulturze i narodowości, a swój własny język, kulturę czy religię trzymają w tajemnicy.

Granice uważane są za ustawodawstwo określonej kultury, narodowości, religii czy języka lub za kombinację tych czynników.

Podczas gdy dla niektórych ustalenie lingwistycznych granic oznaczało próbę sprawowania lingwistycznego nacjonalizmu poprzez dosłowne obwałowanie go wewnątrz tych konkretnych granic, w porę pobudziło to po raz kolejny lingwistyczny nacjonalizm, dokładnie dlatego, że wewnątrz tych granic daje się mieszkańcom wolną rękę.

Prawdę mówiąc, wyznaczając lingwistyczne granice oczekiwano, że rygorystycznie sprawdzą one język innych ludzi, język obcy. Wzięto jednak pod uwagę standardową - „podziemną" - operację językową.

Wyznaczanie lingwistycznych granic jest właściwie nacjonalistycznym gestem, w pełnym tego słowa znaczeniu. W innym przypadku bez wątpienia nie byłby to gest, który zadowoliłby nacjonalistów językowych.

Gest ten ma na celu określić raz na zawsze pod względem kulturowym i implikować legalne i polityczne pozwolenie na kulturowy i lingwistyczny kolonializm terytorium, określonego przez granice językowe.

Wszystko będzie podporządkowane jednemu dominującemu językowi.

Matthias Storme, profor Katolickiego Uniwersytetu w Leuven, przewodniczący Verbond der Vlaamse Academici (Związek Flamandzkich Wykładowców Akademickich), przewodniczący Orde van de Vlaamse Leeuw i O.V.V. (Overlegcentrum van Vlaamse Verenigingen - organ konsultacyjny flamandzkich stowarzyszeń) popiera myśl, że państwo powinno osiągnąć satysfakcjonujący poziom kulturalnej jednorodności.

Jego przemówienia są powszechnie znane ze swej pompatyczności, żałosności, okropnego języka, dzięki  rozpowszechnianiu się i możliwości ich omówienia w internecie.

Na stronie Vlaamse Volksbeweging (Flamandzki Ruch Narodowy), w mgnieniu oka można znaleźć popularne adresy odsyłające do Storme'a.

W swojej broszurze „De roeping van onze tijd voor Vlaanderen en Brussel" („Obecna misja Flandrii i Brukseli") samozwańczy „Mojżesz" Flamandczyków pisze: „Jestem zmęczony gminnymi problemami.

W końcu chciałbym zamieszkać w normalnym kraju - nie w idealnym, bo takie nie istnieje - ale w państwie, gdzie sprawowane są właściwe rządy i istnieje adekwatny poziom kulturalnej jednorodności, która jest warunkiem wstępnym demokracji, która nie jest idealną, ale konieczną jednorodnością; gdzie życie publiczne, konieczne dla demokracji, jest możliwe, ponieważ ludzie mówią, dosłownie i w przenośni, tym samym językiem, i gdzie relacje pomiędzy stronami bazują na wzajemności".[28]

W innym miejscu Storme wyraźnie stwierdza: „żadna demokracja nie jest w stanie funkcjonować bez dominujących ludzi".