Czytelnia / Teoria tłumaczenia

Oczywiście opowiedzieli sobie także nawzajem tę historię, ale tak naprawdę dopiero w momencie dekolonizacji Konga zostali skazani na swoje towarzystwo. I z tej sytuacji nie było drogi ewakuacyjnej.

Nie mniej oczywisty był fakt, iż jeden z dwojga musiał być kolonizatorem, drugi skolonizowanym. Co ciekawe, byli kolonizatorzy - flamandzcy bądź walońscy - chcieli być w tym przypadku wyłącznie tymi skolonizowanymi.

Nie było nikogo, kto w kraju ojczystym chciałby przyjąć pozycję kolonizatora.

Świadomość, że kolonializm był związany z czymś niewłaściwym, wzrosła. Świadomość tego istniała właściwie zawsze, a w danym momencie chciano skorzystać z nowo odkrytego poczucia.

W postkolonialnej Belgii doszło do symbolicznej walki o upragnioną pozycję skolonizowanego, wyzyskiwanego, prześladowanego i osłabionego, czyli o pozycję czarnej osoby. Za wszelką cenę chciano być czarnym, o czym przekonamy się później.

Stąd nieprzypadkowy może być fakt, iż kongijska niepodległość w 1960 roku zbiegła się w Belgii z odnowieniem komunalnej dyskusji, która w końcu miała doprowadzić do ustalenia granic językowych w latach 1962 - 1963.

Jeśli niektórzy uważają, że ryzyko politycznego trzęsienia ziemi w Belgii jest bardzo duże, to dlatego, że płaskowyże językowe w Belgii właściwie wzajemnie się pokrywają.

Terytorialne rozgraniczenie regionów, tak zwanych granic językowych (pomiędzy Flandrią, prowincjami Walonii i pomiędzy Flandrią a regionem stołecznym Brukseli) jest rzeczywiście zasadniczo bezskutecznym sposobem wytyczania granic terytorium, nad którym czuwają władze wspólnot - a zatem nie tylko władze regionów.

Faktem jest, iż język nie wyznacza granic terytorialnych. „La langue se stabilise autour d'une paroisse, d'un évêché, d'une capitale. Elle fait bulbe. Elle évolue par tiges et flux souterrains, le long des vallées fluviales, ou des lignes de chemins de fer, elle se déplace par taches d'huile."[27]

Deleuze i Guattari mogli nie być tego świadomi, ale metafora, z której korzystali w Mille plateaux, by przypomnieć sposób, w jaki przemieszcza się język, to także metafora zastosowana przez flamandzkich nacjonalistów, by dać jasno do zrozumienia, że ich zdaniem język francuski w Brukseli i na jej flamandzkich peryferiach przekroczył granicę.

Dla Deleuze'a i Guattari'a olejowa bejca to wymowna metafora dotycząca ogólnie lingwistycznych przemieszczeń, mająca na celu zapewnienie wglądu w „normalne" funkcjonowanie języka.

W rozprawie flamandzkich nacjonalistów natomiast bejca olejna stała się pejoratywnym wyrażeniem dotyczącym niedopuszczalnego, anormalnego aktu mowy - nie lingwistycznego aktu (takiego jak przyrzeczenie) o lingwistycznej tematyce, ale aktu języka samego w sobie.

Język, ogólnie rzecz biorąc, przemieszcza się i forsuje sobie drogę do terytorium, gdzie przypuszczalnie mówi się w innym języku. Dlatego nie jest niespodzianką, iż jakiekolwiek lingwistyczne ograniczenie - mimo iż niewielu życzyłoby sobie jego prawnego przyjęcia - jest de facto nieustannie dekonstruowane.