Czytelnia / Teoria tłumaczenia

Możecie wierzyć lub nie, ale to wszystko znaczy: ,,autor pisze tekst w jednym języku, a tłumacz tłumaczy go na inny język”.

Nikt nie zaneguje znaczenia wkładu niektórych dziedzin lingwistyki — jak na przykład socjolingwistyki czy pragmatyki — do teorii translacji, lub przydatności obszernej bibliografii pozwalającej na zebranie informacji o dokładnym znaczeniu, np. ekwiwalencji — ,,koncepcja, która zapewne kosztowała życie znacznie więcej drzew niż jakakolwiek inna koncepcja w naukach translacyjnych”, według słów Petera Fawcetta (1997: 53) — jednak stawiamy ponownie pytanie, czy takie zawiłe definicje są rzeczywiście komuś potrzebne? Czy pomagają one komukolwiek – nauczycielowi lub studentowi? Problem polega na tym, że skupiając się na treści, zagubiliśmy proporcje formy.

Lingwistyka uparcie — a nawet mówiąc bez ogródek, bardzo przekonująco — twierdzi, że tłumaczenie jest ostatecznie niemożliwe, a jednocześnie zapomina o tym, że istniało od zawsze, oraz że bez niego cywilizacja nie mogłaby istnieć. Tytuł tego artykułu jest aluzją do Lawrenca Venuti i jego opisu płynności w tłumaczeniu jako ,,etnocentrycznego pogwałcenia domestykacji,” pogwałcenie, które jest ukryte ,,przez produkcję efektu przejrzystości iluzji, która zdradza, że to nie jest translacja tylko obcy tekst” (Venuti, 1995: 61). Jest to w miarę zrozumiałe, lecz czy ,,etnocentryczne pogwałcenie domestykacji” nie jest tylko wymyślnym sposobem nazwania nieuniknionego procesu dostosowania tekstu w obcym języku do naszego własnego lingwistycznego i kulturowego kontekstu w trakcie tłumaczenia? Oczywiście ,,oswajamy” obcy tekst — bo jakżeby inaczej?

Jeśli chodzi o słowo ,,etnocentryczny”, to jest to tylko powielanie słowa ,,domestykacja”: jeśli ,,domestykacja” nie byłaby ,,etnocentryczna”, prawdopodobnie tekst docelowy nie byłby ,,oswojony”— raczej, według zasad Schleiermachera, czytelnik stawałby się autorem tekstu, a ,,efekt przejrzystości” w ogóle by nie zaistniał. Wreszcie, jeśli chodzi o ,,pogwałcenie”, po prostu musimy to zaakceptować, gdyż całkowite tłumaczenie nie jest możliwe, zatem tekst docelowy dopuszcza się pewnego rodzaju pogwałcenia względem tekstu źródłowego. Jednak zaczyna się to odzwierciedlać w przypadku wykształconych odbiorców, czytających takie książki, którzy nie będą mieć wątpliwości, co można nazwać ,,dobrym” tłumaczeniem, a każde mało przejrzyste tłumaczenie będzie odbierane właśnie jako to, które dopuściło się aktu pogwałcenia względem oryginału.

Moje komentarze i refleksje wynikają z prostego faktu: nie tylko ja uważam, że te wszystkie bełkoty są przerażające i przynoszą efekt przeciwny do zamierzonego — problem ten mają również nasi studenci, skarżący się coraz częściej na absurdalny język, z którym się stykają w teorii translacji. A są to dobrze wykwalifikowani absolwenci dość mocno zainteresowani translacją, o których nie można powiedzieć, że nie są inteligentni.

Oczywiście nie tylko przedstawiciele nauk translatorskich powinni zdobyć wiedzę, jak mówić i pisać —rodzaj języka używany w dzisiejszych czasach przez polityków, ekonomistów i prawników, wymieniając tylko te bardziej znane profesje, jest odpowiedzią samą w sobie, dlaczego powstała potrzeba powołania do życia Kampanii Prostego Języka.

Jednak jest smutne, że osoba zajmująca się translacją, czyli tłumacz albo znawca teorii translatorskiej, albo pracujący nad tymi obiema rzeczami naraz, czyli według definicji lingwista — osoba, której praca i zainteresowania skupione są na języku — ktoś taki mógłby równie dobrze być zainteresowany wszystkimi formami teratologicznej manifestacji języka.