Czytelnia / Teoria tłumaczenia

Co się kryje w imieniu, czyli powrót do pytania Julii

Verónica Albin

tłum. Katarzyna Żórawska

Źródło:

 

Podczas odbywającej się parę miesięcy temu Konferencji Amerykańskiego Stowarzyszenia Tłumaczy poświęconej Oddziałowi Hiszpańskiemu przeglądałam oferty mojego ulubionego sprzedawcy książek, kiedy nagle podszedł do mnie, wziął pod rękę i po cichu zaprowadził do 225- stronicowej książki Virgilia Moi zatytułowanej La traducción de los nombres propios (Tłumaczenie nazw własnych).

Posadził mnie na krześle i zaczął opowiadać o swoim biznesie, zerkając na mnie co jakiś czas i krzywo się uśmiechając. Kolega, który akurat był w pobliżu, zerknął mi przez ramię. „Vero"- powiedział. „Nie masz chyba zamiaru kupić książki, która nie ma prawa bytu, nie?"

Miał na myśli oczywiście jedną z żelaznych zasad tłumaczy, którą porównać można do wygodnej twierdzy: „Nazw własnych nie tłumaczy się. Nigdy". „Ta książka to nonsens" - dodał.

I w pewnym sensie miał rację: autor książki rozpoczął bowiem oblężenie - zaatakował tę twierdzę; most zwodzony zachwiał się, a wały obronne zawaliły się wprost do morza.

Zaraz na wstępie swojej książki Moya stwierdza, że kwestią, która pojawia się od razu, jest podejście, że nie ma czegoś takiego jak „nigdy", jeśli chodzi o tłumaczenie nazw własnych.

Jeśli poszukamy precedensów, to w historii znajdziemy ich mnóstwo. Weźmy na przykład listę średniowiecznych królowych europejskich, którą stworzył jeden z moich kolegów.

Najbardziej popularnymi imionami były Eleonora, Anna, Maria i Elżbieta. Problemem jednak było to, że zmieniały się one w zależności od języka, w którym się je wymawiało.

Dlatego też francuska królowa o imieniu Aliénor musiała najpierw zostać odróżniona od wszystkich innych francuskich królowych, które kiedykolwiek rządziły i które miały to samo imię - odbywało się to zazwyczaj poprzez dołączenie do imienia jej pochodzenia, na przykład Aliénor d'Aquitaine.

Co więcej, po hiszpańsku nazywano by ją Leonor de Aquitania, a po angielsku Eleanor of Aquitaine.

Co gorsza, kiedy wyszła za Henry'ego Plantageneta, została Eleonorą z Anglii, co jeszcze bardziej utrudniło życie przyszłym pokoleniom, które musiały wiedzieć, że ta Eleonora pochodziła z Francji, a nie z Anglii.

Biorąc pod uwagę fakt, że średniowieczne królowe, głównie z powodu zagrożeń związanych z porodem, rzadko kiedy dożywały dwudziestu kilku lat, a ich małżonkowie, zwani zwykle Henrykami, Williamami albo Karolami, poślubiali potem inne Eleonory, Anny, Marie i Elżbiety, to mamy do czynienia z iście królewskim bałaganem.