Czytelnia / Teoria tłumaczenia

Nie da się ukryć, że porównanie niemieckiego kanclerza było dość niezręczne, jednakże tłumacz powinien był zwrócić na to uwagę i dowiedzieć się, o co tak naprawdę chodzi, zamiast przejść od razu do nie dość że błędnego, to jeszcze fatalnego w skutkach rozwiązania.

Jeśli weźmiemy pod uwagę ten incydent z „Newsweeka" i spróbujemy zgłębić nasz przypadek, to oczywistym staje się, że nie powinniśmy zakładać, że imię Benedicta Arnolda zostało użyte jako synonim słowa „zdrajca".

Czy możliwe, że jego imię nie zostało użyte dlatego, że dopuścił się zdrady, w wyniku której doszło do poddania wojskom brytyjskim amerykańskiego fortu w West Point, ale dlatego, że jest porównaniem do anglofila, który ukrywa swoje przekonania, lub do utalentowanego generała czy ambitnego indywidualisty?

A może zostało użyte dlatego, że był kobieciarzem? Lub blondynem? Lub wysokim mężczyzną? Nie mam bladego pojęcia, czy jedna z ostatnich trzech cech go dotyczy, ale jako tłumacz muszę wziąć pod uwagę wszystkie możliwości.

Załóżmy, mimo wszystko, że jego imię zostało użyte jako synonim słowa „zdrajca".

Możemy pokusić się przetłumaczenie takiego znaczenia poprzez analogię. Jednakże może się to okazać nie lada wyzwaniem, ponieważ języka hiszpańskiego używa się w 22 krajach, z których każdy ma innych zdrajców.

Z drugiej strony, jeśli weźmiemy pod uwagę tradycję judeo - chrześcijańską (zakładając oczywiście, że tłumaczymy na język kraju, który taką tradycję posiada), to możemy pokusić się o analogię.

Musielibyśmy się dowiedzieć, czy Arnold zrobił to, tak jak biblijny Judasz, dla pieniędzy, czy może motywem jego zdrady było coś zupełnie innego, ponieważ niepoprawna analogia nigdy nie będzie dobrym rozwiązaniem.

Niemniej jednak, jeśli jest poprawna, tłumacz ma do wyboru dwie opcje.

Pierwsza to porównać Arnolda do Judasza (to rozwiązanie pozwala na pozostawienie imienia Benedicta Arnolda w tekście docelowym), a druga to „zastąpienie" [substitution - przyp. tłum.].

Jeśli zdecydujemy się na drugą, to pojawiają się dwie kolejne możliwości.

Możemy pominąć w ogóle imię Arnolda i zastąpić go Judaszem, lub nie wymieniać żadnych imion, a jedynie słowo „zdrajca" i mieć nadzieję, że nie pozbawimy wypowiedzi jej charakteru.

W moim poszukiwaniu odpowiedzi na problemy związane z tłumaczeniem imion i nazw własnych, które miały jakiekolwiek powiązanie z nazwami niektórych europejskich języków, w których używa się rzymskiego alfabetu, napotkałem tylko więcej pytań i problemów, takich jak m.in. terminologia toponimii, nazwy instytucji i historycznych wydarzeń, imion ojcowskich czy rodzajów końcówek.

Nie ma latarni morskich, mew czy łodzi ratunkowych. Tak jak i nie ma poprawnych odpowiedzi na pytanie Julii. Ale bez wątpienia jest ryzyko. Czy św. Jerome, a może powinniśmy go nazwać św. Hieronimem, zdoła doprowadzić nas do brzegu?