Czytelnia / Teoria tłumaczenia

Nie ma sensu przekonywać klienta o lepszej jakości naszego przekładu: wszyscy tłumacze tak twierdzą. To ponownie przywołuje problem braku zapasów, główny wątek poruszany w tym artykule: jakość brana jest pod uwagę jedynie w chwili, gdy tłumaczenie jest już przyjęte i sprawdzone. Ci klienci, którzy targowali się o jak najniższą cenę i jak najkrótszy czas wykonania tłumaczenia, narzekają teraz na słabo wykonaną pracę. Trochę za późno.

...Internet nieodłącznym elementem pracy

Obecnie trudno jest napisać artykuł o branży tłumaczeniowej, nie wspominając o roli Internetu i jego wpływie na naszą działalność.

Właściwie dzięki Internetowi jesteśmy wszechobecni. Jeszcze pięć lat temu jakaś firma w Gwatemali mogła mieć nie lada problem ze znalezieniem tłumacza, który wykonałby przekład z języka węgierskiego na hiszpański. Teraz taka firma ma dostęp do Internetu, a znalezienie tłumacza, niekoniecznie dobrego, jest tylko kwestią paru minut lub godzin. Co więcej, taki tłumacz, jeśli woli pampę od puszty, może mieszkać w Argentynie.

Druga strona medalu jest taka, że tłumacz nie ma już kontroli nad liczbą klientów tylko dlatego, że jest jedyną kobietą (większość tłumaczy to kobiety) w okolicy, która zna dany język.

Wydaje się, że są trzy strony medalu, nie dwie. Wszechobecność wszystkiego i wszystkich w Internecie zakończy możliwość ograniczenia wstępu do zawodu małej liczbie „prawnie wykwalifikowanych” osób. Znamy to jako „closed shop” (zakład pracy wymagający od pracowników przynależności do określonego związku zawodowego) i chociaż dla wielu zwolenników tego procesu, często uczciwych ludzi, służy to jako swego rodzaju „ochrona konsumenta”, często jest tylko sztuczką polegającą na zwiększeniu cen, powstrzymując przy tym konkurencję. Przypomina to zasady narzucone przez średniowieczną gildię. Jeśli „closed shop” istnieje w jakimkolwiek kraju, tłumacze, którzy zostali wykluczeni ze swojego środowiska, łatwo mogą kontynuować pracę za pośrednictwem agencji w jakimś innym kraju i mieszkać oczywiście tam, gdzie zawsze.

Nie wierzę, że „closed shops” mogą przynieść jakąkolwiek korzyść tłumaczom, ale to już inna historia. Może napiszę coś na ten temat w następnym artykule.