Czytelnia / Technologie tłumaczeniowe

Wzbogacanie tłumaczenia za pomocą DTP

José Henrique Lamensdorf

tłum. Paweł Aleksandrowicz

 

Wystarczy odwiedzić jakiekolwiek forum tłumaczeniowe, aby zauważyć, że od czasu do czasu niektórzy niezorientowani klienci oczekują, by „tłumaczenie” skomplikowanej publikacji było dokładną repliką oryginału w języku docelowym.

Są tłumacze, którzy po prostu mówią „nie” i dostarczają czysty tekst. Inni, przekonani, że klient płaci i wymaga, próbują sprostać zadaniu... i na początku są zdenerwowani, a gdy termin dobiega końca – zdesperowani. Oto kilka pomysłów, jak wyjść z takiej sytuacji, gdy klient ma publikację w języku „A” i potrzebuje tego samego w języku „B”. Może to być katalog produktów, karta katalogowa, podręcznik użytkownika, biuletyn, czy jakikolwiek inny tekst z ilustracjami.

Jak to było kiedyś

Myślę o czasach, kiedy komputery wyglądały jak szafy, stały w klimatyzowanych pokojach, było ich tylko kilka w całej firmie i nie dopuszczano do nich nikogo nieupoważnionego.

Wtedy, a także jeszcze kilka lat później, tłumaczenie pisało się na maszynie. W przypadku publikacji, o których była mowa wcześniej, przekład musiał zostać wpisany do linotypu, który tworzył szpalty tekstu. Szpalty te przeznaczone były do korekty i w razie błędów – drukowane ponownie.

Ilustracje, otrzymane tradycyjnymi metodami opartymi na związkach srebra, dołączały do tekstu u łamacza, który pracowicie łączył wszystkie elementy, przyklejając je do tektury strona po stronie. Łamacze byli tak zręczni i dokładni, że potrafili wyciąć i przykleić brakującą kropkę w średniku. Rezultat ich pracy był potem fotografowany na kliszy, zwykle jednej na każdy kolor, która służyła do stworzenia bloków drukarskich.

Chociaż bardzo uprościłem ten proces, mniej więcej tak on kiedyś wyglądał.

Dzisiaj komputer, którego przeciętny tłumacz używa na co dzień, jest w stanie wirtualnie stworzyć całą taką publikację bez użycia tektury, utworzyć plik PDF i wysłać go przy pomocy Internetu do drukarni oferującej druk na żądanie, która zrobi tyle kopii, ile potrzeba, czarno-białych czy kolorowych, a nawet zszyje lub poskleja całość na życzenie.

Najciekawsze w całym procesie jest to, że papieru używa się tylko na samym początku – oryginał – i na samym końcu – gotowy wydruk tłumaczenia. Najważniejszy jest fakt, że tłumacz jest w stanie cały ten proces wykonać na swoim komputerze. Klienci nie zdają sobie jednak sprawy, że może nie wiedzieć, jak zrobić to w ekonomiczny sposób.

Tłumacze już i tak robią wiele dodatkowych rzeczy, używając głównie edytora tekstu, narzędzi CAT i ich pamięci tłumaczeniowych, menedżerów słownika, słowników komputerowych i internetowych, wyszukiwarek, e-maili itd. Wymaganie od nich pracy z grafiką może być zbyt nowatorskie.

Klient uważa więc błędnie, że każdy tłumacz potrafi stworzyć pełną publikację i co gorsza... bez dodatkowych kosztów! To często skłania tłumaczy do zrobienia dodatkowego kroku, aby oferować lepsze usługi. Przekonują się jednak, że taka decyzja to dla nich jak przeprawa przez głęboką rzekę.