Czytelnia / Technologie tłumaczeniowe

To nie jest bardzo trudne, ale bywa zbyt trudne

Nie twierdzę, że każda publikacja musi przechodzić desktop publishing (DTP). Wiele pokaźnych książek zostało poprawnie opracowanych w zwykłym edytorze tekstu. Jeśli mamy tylko tekst, może z jedną czy dwiema ilustracjami, przygotowanie go w taki sposób nie będzie stanowiło problemu. Tłumacz powinien znać swój edytor, a wiele narzędzi CAT zachowuje nawet oryginalne formatowanie.

Kiedy jednak w tekście jest więcej obrazków, a niektóre mają nieregularny kształt; lub tekst, niezależnie od znaczenia, jest formą sztuki (mam na myśli litery 3-D lub pokolorowane) czy też współgra z elementami graficznymi albo jest ich częścią, wtedy czas na DTP.

Oczywiście tłumacz może nauczyć się DTP w odpowiednim programie, ale wielu moich kolegów zgadza się, że to jak nauka kolejnego języka. Czy się opłaca? Jeśli tak, czyli jeśli masz duże zapotrzebowanie na taką pracę, bierz się do nauki! Jeśli zaś otrzymujesz takie zlecenia tylko od czasu do czasu i każde z nich ma zostać wykonane w innym programie, spróbuj przekazać zadanie komuś innemu.

Uwaga! Choć większość edytorów może importować/eksportować pliki z typowymi rozszerzeniami (np. *.doc, *.rtf i oczywiście *.txt), nie dotyczy to programów DTP: każdy z nich ma własne, zastrzeżone rozszerzenie. Chociaż Adobe oferuje konwerter plików „od QuarkXpress do PageMakera”, firma ostrzega, że nie działa on na Macintoshach, a ja jeszcze nie widziałem, żeby dobrze działał pod Windows.

Początek

Załóżmy, że chcesz zrobić tłumaczenie, ale DTP zlecisz komuś innemu, jeśli będzie niepraktyczne, nieekonomiczne lub niemożliwe do wykonania w edytorze tekstu.

Oczywiście, możesz myśleć, że to problem Twojego klienta: Ty musisz tylko dostarczyć przetłumaczony tekst. Najpierw uzgodnij z klientem, że tego właśnie od Ciebie oczekuje. Jeśli tak, to oczywiście zrób to! Ale zależnie od okoliczności, może należy się przygotować na niespodziankę: zlecenie korekty gotowej publikacji już w DTP. Niektórzy klienci mogą otwarcie żądać wykonania tego za darmo, skoro już zapłacili za tłumaczenie. Chociaż w dzisiejszej epoce plików elektronicznych mniej rzeczy może odbiegać od normy, możesz napotkać: źle przeniesione słowa; nieprawidłowo ułożony, brakujący lub nieodpowiednio sformatowany tekst (jeśli chodzi o pogrubienie, kursywę i podkreślenia); nieprzetłumaczony tekst (nie znaleźli Twojego, więc wstawili w jego miejsce oryginał) oraz, co najgorsze, lecz czasami możliwe, wszystkie znaki diakrytyczne zastąpione dziwacznymi znaczkami.

Najlepszym rozwiązaniem jest znalezienie dwujęzycznego, czy nawet wielojęzycznego fachowca od DTP w Twojej okolicy. Nie musi być on tłumaczem, ale dobrze by było, gdyby znał chociaż podstawy języka źródłowego i docelowego.

Odległość może stanowić problem ze względu na ewentualną konieczność wymiany wydruków i plików mających po kilkaset megabajtów, co może być trudne do zrobienia przez e-mail czy FTP. Jeśli skorzystasz z usług kuriera, operacja będzie kosztowna, a jeśli z usług poczty – zmarnujesz dużo czasu.

Wiedza językowa fachowca od DTP nie jest po to, żeby on sam robił korektę. Wprost przeciwnie, nie powinien mieć nawet prawa do zmiany choćby jednego przecinka w tekście. Zaoszczędzi Ci ona nużącej pracy: przygotowywania odnośników do tekstu.

Wykonywanie odnośników to proces dwufazowy. Najpierw na kopii oryginału, najlepiej kolorowym pisakiem, zaznaczasz każdy fragment tekstu i go numerujesz. Potem, w czasie tłumaczenia, każdy fragment robisz osobno i oznaczasz odpowiednim numerem. To sposób przekazania fachowcowi od DTP, co ma się gdzie znaleźć i jak ma wyglądać (czcionka, rozmiar, odstępy, wyrównanie itp.), zupełnie jak w czasach maszyn do pisania. Jeśli fachowiec jest w stanie zrozumieć tekst źródłowy i docelowy, dodatkowej pracy nie trzeba będzie wykonywać.