Czytelnia / Kształcenie i zawód tłumacza

Wielkie agencje, wielkie projekty, wielkie problemy

Zgodnie ze światowym trendem konsolidacji, wiele agencji zostało w ostatnim czasie wchłoniętych przez większych rywali. Przejęcia motywowane są zazwyczaj tym, że konsolidacja zmniejsza koszty, ale przypuszczam, że w przypadku branży tłumaczeniowej jest odwrotnie – im większa agencja, tym większe koszty. To może stać się poważnym problemem, ponieważ duże firmy z bardzo wysokimi wydatkami ogólnymi często muszą rywalizować z małymi, nie ponoszącymi praktycznie żadnych kosztów stałych.

W dodatku zlecenia stają się większe, a klienci wymagają coraz znaczniejszych rabatów związanych z dużym zamówieniem (i zazwyczaj je dostają). Jednak w przypadku tłumaczeń ekonomia skali jest bardzo mała. Pieniądze, które mogą być zaoszczędzone dzięki najnowszym metodom tłumaczeniowym i takim narzędziom, jak programy pamięci tłumaczeniowej, są często pochłaniane przez wysokie koszty ogólne potrzebne do zarządzania pięćdziesięcioma tłumaczami przekładającymi na pięć różnych języków.

To oczywiste, gdyż tak wiele osób musi być zaangażowanych, żeby dotrzymać terminu, że praca przypadająca na jednego tłumacza jest małej lub średniej wielkości zleceniem, chociaż klient uzyskał od agencji olbrzymią zniżkę z tytułu dużego zamówienia, obciążając tym oczywiście nas. A kogóż by innego?

Mali finansują dużych


Kolejną konsekwencją obecnego kryzysu jest bankrutowanie lub po prostu znikanie wielu agencji. Listy dyskusyjne wyświetlają wiadomości zamieszczone przez zdesperowanych tłumaczy, którzy napisali do agencji celem przypomnienia o zaległych fakturach i dowiedzieli się, że firma już nie istnieje. Nikt nie odbiera telefonu, nie odpowiada na pozostawione wiadomości, strona zniknęła z sieci. Wielkoduszny kolega mieszkający w okolicy wybiera się tam i wszystko, co może zobaczyć, to zamknięte drzwi. Firma po prostu przepadła w wirze recesji.

Inne agencje płacą coraz później. Trzydzieści dni szybko staje się czterdziestoma pięcioma, a czterdzieści pięć przeistacza się w sześćdziesiąt, o ile nie w dziewięćdziesiąt lub więcej. Wielu firmom, być może większości, zawsze brakowało kapitału, a sprawa pogarsza się wraz z recesją i zmusza je do pomniejszania marży zysku do takiego stopnia, że może im nie wystarczyć na pokrycie kosztów ogólnych.

Agencje muszą najpierw otrzymać zapłatę od klienta, zanim dadzą wynagrodzenie tłumaczowi, ale wielu klientów również cierpi na brak pieniędzy, więc nie spieszą się z zapłatą. Podejrzewam, że wiele firm tłumaczeniowych nie śmie ponaglać klientów w ramach polityki marketingowej, a w trudnych czasach ten, kto nie przypomina o zapłacie, pieniędzy nie dostaje. Spóźnione wynagrodzenie jest równoważne z pożyczką z konieczności, co oznacza, że tłumacze często finansują duże biznesy.

Niektórzy tłumacze mają tendencję do określania wszystkich tych agencji mianem nieuczciwych. To niesprawiedliwe. Większość jest oczywiście uczciwa, nawet jeśli tak wiele z nich jest niedofinansowanych, zbyt wyrozumiałych dla klientów lub po prostu zdezorganizowanych. Znajdzie się w tym biznesie kilka czarnych owiec i paru kompletnych wariatów, ale powiedziałbym, że większość agencji stara się być w porządku. Niestety, rachunki opłaca się pieniędzmi, a nie dobrymi intencjami.