Czytelnia / Kształcenie i zawód tłumacza

Prowadzi to do ostatniej kwestii. Im więcej tłumaczę, tym bardziej przekonuję się, że na świecie jest bardzo niewielu dobrych autorów tekstów; średnie czy nawet wyższe wykształcenie w żadnym razie nie gwarantuje tego, że ktoś poradzi sobie, pisząc.

Wielu tłumaczy tekstów technicznych spędza czas na narzekaniu na niską jakość tekstów w języku wyjściowym. Rozumiem ich frustrację, jednak widzę w tym marketingową szansę dla tłumaczy. W moim sektorze przyjęło się, że tłumaczenie jest tak dobre, a czasem nawet lepsze niż tekst wyjściowy, to kawał dobrej wartości dodanej, jaką Bob i ja wnosimy do naszej pracy. Jednak jest to możliwe tylko wówczas, jeżeli chętnie zadajemy pytania niezbędne w celu wyjaśnienia intencji, niuansów i kwestii niepokojących klienta. Należy dotrzeć do nich, nalegać na współdziałanie, prosić o ich wyjaśnienie, o co naprawdę chodzi (bez względu na to, co jest napisane).

Wydaje mi się, że zbyt wielu studentów i czynnych tłumaczy to grupa nieśmiała, zdecydowana pozostać w cieniu. Niektórzy myślą nawet, że zadając pytania, tracą twarz! To niedorzeczne. To pytania i sposób, w jaki je zadajesz, pokazuje klientowi, że wiesz, co robisz. Specjalistyczna wiedza na temat danej dziedziny, umiejętność pisania, chęć (i zdolność) do zadawania pytań - to trzy umiejętności, których poszukuje segment rynku, w którym pracuję.

Courtney Searls-Ridge: Uczę tłumaczenia, nadzoruję stażystów w naszym biurze i pracuję jako edytor i korektor. Z doświadczenia wiem, że absolwenci programów tłumaczeniowych nie piszą wystarczająco dobrze w językach docelowych i opuszczają szkołę z niedostateczną świadomością potrzeb rynku.

Proponuję cztery możliwe rozwiązania tych dwóch problemów. Dwa z nich reprezentują tradycyjne podejście do nabywania umiejętności, dwa kolejne odnoszą się do wymogów, jakie stawia „rzeczywistość”.

Po pierwsze, uważam, że bardzo pozytywne byłoby wymaganie od studentów współczesnych programów szkolących tłumaczy pisemnych i ustnych odbywania praktyk lub stażu u usługodawcy czy nawet u tłumacza freelancera, zanim ukończą szkołę. W naszym biurze mieliśmy do czynienia ze stażystami, którzy właśnie ukończyli program szkoleniowy na poziomie uniwersyteckim, i często twierdzili, że byłoby wspaniale, gdyby mieli okazję odbycia stażu w trakcie studiów, powrotu na uczelnię i przyswojenia pod okiem pracowników uczelni tego, czego nauczyli się podczas stażu.

Po drugie, zachęcałabym studentów do wcześniejszego wstępowania do organizacji zawodowych - może jako członkowie studenci - i korzystania z programów mentorskich oraz innych możliwości kontynuowania nauki oferowanych przez te organizacje. Kolejne dwie propozycje odnoszą się do dzisiejszej „rzeczywistości”.

Wierzę, że przemysł tłumaczeniowy potrzebuje więcej programów certyfikatów zawodowych. Odnoszę się konkretnie do programów ceryfikatów zawodowych na poziomie odpowiadającym certyfikatom w USA - poziom college’u czy innej dwuletniej szkoły, w której uczą pełnoetatowi profesjonalni tłumacze pisemni i ustni. We wczorajszej dyskusji przy obiedzie kilka osób zwróciło uwagę, że bardzo trudno o pełnoetatowego tłumacza, który jest w stanie uczyć. Programy nauki tłumaczeń w college’u oferowane są w trybie wieczorowym, co umożliwia znalezienie pełnoetatowych tłumaczy jako wykładowców.

Czwartą propozycją jest rozpoczęcie szkolenia w zakresie tłumaczeń pisemnych i ustnych znacznie wcześniej, nawet na poziomie liceum. Mam na myśli kursy dla uczniów dwujęzycznych, zachęcające ich wcześnie do rozwijania znajomości języka docelowego, która naszym zdaniem jest niedostateczna - kiedy nadal mogą rozwijać podstawowe umiejętności pisania.