Czytelnia / Kształcenie i zawód tłumacza

Ros Schwartz: W odpowiedzi dodam jeszcze: oprócz tłumaczeń literackich, zajmuję się również przekładami handlowymi - tak zarabiam na życie. Z tą uwagą związane jest kilka zagadnień.

Wcześniej padło słowo „niewolnicy”, i opinia, że status tłumaczy jest ściśle związany z tym, jak sami się postrzegają. Ktoś wspomniał też, że tłumacze są pisarzami. Musimy postrzegać tłumacza nie jako skromnego skrybę czy niewolnika, który robi, co mu nakazano, ale jako pisarza, którzy bierze tekst i czyni go swoim własnym i robi to, co powinien. Z pewnością kiedy mówimy o tłumaczeniach handlowych, jako pisarze wnosimy do nich wartość dodaną. Kiedy klient produkuje marny tekst i nazywa go artykułem prasowym, a tłumacz wie, że nie spełni on swojej roli w jego języku, robi z niego artykuł prasowy, który będzie funkcjonował na rynku docelowym.W przeciwnym razie nie ma sensu tego tłumaczyć. Mówisz klientowi, że to twoje zadanie, a on ci za to płaci.

W ten sposób zarabiam na życie. Stwierdzenie: „oryginał to śmieć, nic z tym nie zrobię” to absurd. Po prostu nie ma sensu. Takie podejście wiąże się z naszym postrzeganiem siebie, z odwagą, żeby powiedzieć klientowi, „Wiem co robię, wiem jak sprawić, żeby ten dokument spełniał swoją funkcję, i to właśnie zamierzam zrobić. Za to mi płacicie.” Myślę, że wam za to podziękują.

Chris Durban: Jak mówi Tim, wiele zależy od segmentu rynku. W mojej dziedzinie atrakcyjne są segmenty, w których tłumaczenie często jest ulepszeniem tekstu wyjściowego. I tego chcą twoi klienci. Bob i ja specjalizujemy się w finansach i nigdy dotąd w ciągu 15-20 lat na rynku nie oddałem tekstu, nie zadając przynajmniej jednego pytania, a czasem jest ich wiele więcej. Klienci przychodzą do nas, ponieważ cenią sobie fakt, że zadajemy pytania, np Czy to miał(a) Pan(i) na myśli, tutaj, zamienimy to z tym, czy może tak być? Wprowadzamy zmiany za zgodą zleceniodawcy. A ci klienci nas odszukali - chcę przez to powiedzieć, że jest popyt na tłumaczy, którzy świadczą takie usługi.

Komentarz publiczności: W sytuacji, kiedy podważa się tekst źródłowy, nie mamy do czynienia z tłumaczeniem a z przeredagowaniem.

Chris Durban: Ci klienci uważają taki tekst za tłumaczenie i dla nich to zdecydowanie jedno z zadań tłumacza. Kiedy uważamy, że tekst źródłowy może przysparzać problemów, informujemy o tym klientów. A oni czasami, a nawet często, zmieniają oryginał, ponieważ dla nich tłumaczenie to „tekst spełniający swoją funkcję”, jak artykuł prasowy czy inny tekst w języku docelowym, to także siatka asekuracyjna dla oryginału. Tłumacz to nowa para oczu przyglądająca się tekstowi, a patrząc krytycznie, rozkłada go na części i składa od nowa. Kiedy pracujesz w tym segmencie rynku, musisz zaakceptować, że jeśli klient zamawia „tłumaczenie”, to właśnie taką usługę ma na myśli. Nie możesz ratować się po fakcie stwierdzeniem: „Więc trzeba było powiedzieć, że chodziło o przeredagowanie.”

Roderick Miller: Mam dwie uwagi dotyczące wizerunku tłumacza i zadawania pytań. Pracuję w międzynarodowej organizacji i nasz dział tłumaczeń postrzegany jest jako getto obcokrajowców, wichrzycieli i marud. Dlaczego? Ponieważ ciągle zadajemy pytania. Nie cierpią nas, bo musimy stawiać czoła hierarchii - biurokracji, ze wszystkimi typami ego, jakie można sobie wyobrazić. Ale kierujemy się zasadą zadawania pytań i formułowania tłumaczeń, które prawie zawsze są lepsze niż oryginały. Ma to jednak swoja cenę; musimy egzystować w tej strukturze, więc możemy jedynie naciskać. Zdaje mi się, że odnosicie Państwo sukcesy w sektorze prywatnym i pozyskujecie klientów, którzy wam ufają, wiecie, więc, jak daleko możecie się posunąć. W urzędzie jest to bardziej skomplikowane; to moja pierwsza uwaga.