Czytelnia / Kształcenie i zawód tłumacza

Końcowa uwaga, zanim zaczniemy: od pierwszego dnia konferencji jestem pod wrażeniem ogromu wiedzy i dobrej woli prelegentów. Powinno być jasne, że uczestnicy dyskusji wygłaszają konstruktywne komentarze oraz, że wszyscy chcemy pracować jako tłumacze i w niektórych przypadkach szkolić tłumaczy, aby pomóc zmniejszyć wspomniane rozbieżności. Pierwszym prelegentem jest Brian Mossop.

Brian Mossop: Na początku chciałem zauważyć, że szkoły tłumaczeń są ograniczone w działaniach mających na celu przygotowanie studentów do zawodu oraz nie można stawiać im zbyt wygórowanych wymagań. Dawniej modne było narzekanie, że absolwenci tych szkół idą do pracy nieprzygotowani, aby przekładać szybko i dobrze. Zawsze było to nierealne i takie pozostanie.

W dwudziestoosobowej klasie nauczyciel może usłyszeć od jednego studenta paręset słów tygodniowo, czyli niedużo. W klasie nie ma klientów, więc trudno jest studentom wyczuć, co jest ważne i co nie opiera się na ich wskazówkach. Niektórzy nauczyciele próbowali symulować warunki pracy, jednak, moim zdaniem, nie to jest jej funkcją. W tym miejscu należy raczej zastanowić się nad problemami i metodami tłumaczeń. Pozostałe umiejętności lepiej nabyć poza szkołą tłumaczeń w dwóch pozostałych formach szkolenia formalnego.

Pierwszą z nich są praktyki, które według mnie powinny stać się nieodzowną częścią szkolenia tłumaczeniowego. Mam na myśli zajęcia, w których bierze udział nadzorujący lub doświadczony tłumacz pomagający studentowi w osiągnięciu pewnych celów nauczania. Na etapie praktyk student uczy się pracy z długimi tekstami, wykonania zlecenia w terminie, interakcji z klientem oraz jak radzić sobie z nie najlepszym tekstem źródłowym.

Drugim rodzajem szkolenia formalnego są warsztaty rozwoju zawodowego, podobne do tych organizowanych w Kanadzie przez stowarzyszenia zawodowe i pracodawców. To tu, po krótkim okresie pracy, można szkolić się w zakresie procedur kontroli jakości, autokorekty i unikania zbędnych poszukiwań. Jest kilka zagadnień, które najlepiej zgłębić po rozpoczęciu pracy, podczas jedno- lub dwudniowych warsztatów rozwoju zawodowego. Nie powinno się ich uczyć w szkole tłumaczeń.

Uważam, że trzeba zastosować podejście trzyetapowe. W Kanadzie szkoły od dwudziestu bądź trzydziestu lat próbują zorganizować praktyki dla studentów. Dla większości są opcjonalne i niełatwo znaleźć pracodawców chętnych, aby zatrudnić ubiegających się o nie studentów. Całkiem niedawno zdołaliśmy stworzyć kilka oficjalnych programów oferujących jednoczesną naukę i pracę, okresy szkolenia w klasie oraz w miejscu pracy. Sugeruję, żeby organizacje zawodowe zrzeszające tłumaczy zrobiły coś, zamiast zostawiać problem pracodawcom i uniwersytetom.

Moją drugą propozycją jest przygotowanie studenta nie tylko na potrzeby rynku, jaki zastanie po ukończeniu studiów, ale do pracy na całe życie. Powinno się unikać postrzegania szkół tłumaczeń jako oddziału szkolącego na obecne potrzeby branży tłumaczeniowej. Może potrzebuje ona osób tłumaczących określony typ dokumentów w wyniku stosunków handlowych między Kanadą a Meksykiem - ale kto wie, czy będzie to aktualne za 20 czy 30 lat? Nie mamy pojęcia, jakie będą wymagania wobec tłumaczy w 2022 czy 2032 roku, więc powinniśmy wykorzystać szkołę, aby pomóc studentom rozwinąć te ogólne i stanowiące wyzwanie umiejętności, które przydatne będą przez następne 40 lat ich życia zawodowego.

Warto zapamiętać, że studenci, którzy ukończyli naukę 10 lat temu i z pewnością ci, którzy skończyli ją 20 lat temu, prawie w ogóle nie byli szkoleni w zakresie narzędzi komputerowych, ale jakoś sobie poradzili.