Czytelnia / Kształcenie i zawód tłumacza

Po kilku tygodniach surfowania po Internecie znalazłem i kupiłem trzy bazy danych zagranicznych biur tłumaczeń. Jedna z nich była sporządzona przez Alexa Eamesa (www.translatortips.com). Oceniam tę bazę jako najcenniejszą, ponieważ była jedyną, która sprowadziła do mnie klientów. Czwarta zawierająca spis renomowanych biur tłumaczeń, sporządzona o wiele później przez Karin Adamczyk (www.macroconsulting.com), jest również bardzo przydatna; w obecnej chwili zawiera ona ponad 800 adresów mailowych.

Ponieważ tłumaczenia literackie dla wydawców rosyjskich (moje poprzednie doświadczenie) nie wymagały tego samego, co tłumaczenia dla firm zachodnich i biur tłumaczeń, zrobiłem wszystko, co było w mojej mocy, aby dostosować moje kompetencje, oprogramowanie i sprzęt komputerowy do nowych wymagań. Ukończyłem kurs z MS Office 97 (wszystkie programy użytkowe), kurs z DTP (QuarkXpress, PageMaker), zainstalowałem te programy oraz najbardziej popularne narzędzia TM, kupiłem Macintosha w dodatku do mojego Intel Celeronu 466, nabyłem najnowocześniejsze środki komunikacji (wszystko oprócz telefonu satelitarnego), dokupiłem najnowsze słowniki specjalistyczne i encyklopedie i zapewniłem sobie całodobowe łącze internetowe od najlepszego rosyjskiego ISP.

Dopiero potem sporządziłem swoje CV, załączyłem listy polecające od najlepszych wydawców rosyjskich i rozpocząłem autoreklamę. Wkrótce zacząłem otrzymywać dużo formularzy, kwestionariuszy i linków do formularzy on-line. Wypełniłem je wszystkie w dobrej wierze. Kilka firm wysłało tłumaczenia próbne. W zasadzie zrobiłem około 20 darmowych próbek o różnej długości – od kilku linijek do kilku stron. Wówczas bardzo chciałem podbić zupełnie nowy rynek za wszelką cenę, chociaż nie znałem dobrze prawdziwych zasad gry.

Wśród firm, które wysłały mi próbki, były takie jak Xerox company (UK), Softitler, Lionbridge i wiele innych. Szkoda, że nie pamiętam wszystkich nazw. Niektóre z nich najwyraźniej nie zadały sobie trudu, żeby przeczytać moje CV, ponieważ przesyłały mi próbki z księgowości, farmaceutyki, geologii i innych dziedzin, które nie mają nic wspólnego z zaznaczonymi w moim CV. Rosyjskie biuro tłumaczeń przysłało mi próbkę z błędami drukarskimi i gramatycznymi (po-angielsku!), którą sprawdziłem (za darmo) i odesłałem do nadawcy, nie tłumacząc jej. Podziękowali mi wylewnie.

Ogólnie rzecz biorąc, moje podejście do tłumaczeń próbnych było nastepujące: tłumaczyłem tylko te, które należały do mojego obszaru wiedzy (elektronika, IT, motoryzacja, marketing, PR). Po przygotowaniu tekstu sprawdzałem go trzy razy. Potem wysyłałem próbkę tłumaczeniową do rosyjskiego eksperta z odpowiedniej dziedziny dobrze znającego angielski, głównie po to, żeby sprawdził terminologię rosyjską. Następnie wysyłałem tłumaczenie dla końcowej korekty do swojego kolegi z 20-letnim stażem. W większości przypadków poprawki sugerowane przez moich redaktorów były minimalne, ale zadawałem sobie ten trud tylko po to, żeby upewnić się, że moje tłumaczenia próbne są doskonałe.

Długo zastanawiałem się nad tą sytuacją i użyciem próbek jako instrumentu oceniania poziomu profesjonalizmu ubiegających się o pracę. Niewątpliwie biuro lub klient musi w jakiś sposób ocenić kompetencje aplikujących. Jednak, moim skromnym zdaniem, ta metoda, chodzi mi o próbki tłumaczeniowe, jest sama w sobie błędna z kilku powodów: