Czytelnia / Kształcenie i zawód tłumacza

Onionskin – promocja dobrej praktyki tłumaczeniowej

Chris Durban

tłum. Anna Krawiec

Źródło:

 

Wprowadzenie: Dlaczego Onionskin?

Mam dosyć tłumaczy, którzy w zaciszu prywatnych domów/spotkań/ narzekają na głupich/naiwnych/źle poinformowanych klientów. I jestem pewien, że w kółko powtarzane historyjki o ,,bałaganie spowodowanym złymi tłumaczeniami/ słabą interpretacją międzykulturową” nigdzie nas nie zaprowadzą – przynajmniej w obecnej formie.

Po pierwsze dlatego, że takie opowiastki (często apokryficzne) zwykle odnoszą się do takich tłumaczy, jak my i dla przedsiębiorstw korzystających z usług tłumacza nie są godne uwagi.

Przykłady też są raczej zbyt ogólne. W tej formie nie stanowią zagrożenia dla winowajców (takich jak firmy i tłumacze), którzy nie przyjmą odpowiedzialności za śmiechu warte tłumaczenia własnej produkcji.
Ostatecznie, większość przykładów dotyczy wad pojęciowo-graficznych. Po pierwsze, ponieważ aspekt graficzny zwiększa dostępność dla szerszej publiczności – i nikt nie zaprzeczy, że strona pojęciowo-graficzna stanowi poważny problem w komunikacji międzykulturowej. Ale z tego powodu anegdoty mogą całkowicie stracić wątek „jakości/zawartości” tekstu.

Może tak już po prostu jest. Jednak grupa, do której się zwracamy, składa się z ludzi biznesu, którzy często nie potrafią mówić lub czytać w języku docelowym tłumaczenia (w każdym razie nie wystarczająco dobrze, by zauważyć problemy stylistyczne lub głupkowate fragmenty powstałe w wyniku złego przekładu). Biorąc pod uwagę wyłącznie słowa, trudno uświadomić im, jak wielki wpływ na znaczenie mają wszystkie błędy poczynione w ich imieniu. Czy można tego uniknąć? Myślę, że tak.

Skąd taka nazwa?

Nazwa Onionskin została zaproponowana przez mojego przyjaciela ze Stanów, który pracuje w reklamie. Uważa, że to standardowy termin określający jednostronicowy newsletter, często dotyczący specjalistycznej tematyki lub przemysłu. Dzięki krótkiej, dynamicznej i regularnej formie, redaktorzy kreują się na konsultantów przemysłowych i zdobywają poparcie zarówno profesjonalistów, jak i dziennikarzy, i potem rozsyłają teksty dalej.

Oczywiście, celem nie jest wywołanie podejścia w stylu „czyż obcokrajowcy nie są dziwaczni?”, od którego kipią współczesne (choć rzadkie) artykuły dotyczące błędów tłumaczeniowych. Mimo wszystko, chcemy wychwycić kilku głównych (i pobocznych) graczy na rynku międzynarodowym. Chodzi o to, żeby doświadczony tłumacz mógł uratować sytuację – lub przynajmniej powstrzymać winowajcę od zgłoszenia przestępstwa. Ale oczywiście najlepiej by było pogratulować wspaniałego przekładu. Możecie wierzyć lub nie, ale to jest możliwe.