Czytelnia / Kształcenie i zawód tłumacza

Błąd językowy w indyjskiej katastrofie lotniczej

Indyjscy funkcjonariusze twierdzą, że doszło do listopadowego zderzenia boeinga arabskiego 747 z kazachskim Ilysuhin Il-76 około 25 mil od Delhi, ponieważ jedna z osób obsługujących lot nie zrozumiała poleceń kontroli powietrznej w języku angielskim. W tej największej na świecie katastrofie powietrznej zginęło ponad 350 osób.

Funkcjonariusze twierdzą, że zgłaszali ten problem do władz związków lotniczych, podając linie krajów byłego Związku Radzieckiego, takie jak Kazachstan, Uzbekistan, Kirgistan. Air Kazachstan przyznaje, że wielu pilotów Kazachstanu bardzo słabo mówi po angielsku, ponieważ za czasów Związku Radzieckiego tego języka nie używano.

O katastrofie było głośno w prasie na całym świecie, wspominając przy okazji domniemany problem językowy. Jednym z wyzwań dla tłumaczy i ich profesjonalnych stowarzyszeń jest zwrócenie uwagi użytkownikom tłumaczeń na „znaczenie języka”, jednak w mniej tragicznych okolicznościach.

Wiedeński tekst reklamowy tańczy przed londyńskim urzędem

,,Czy potrzebujesz kogoś w roli stróża?” brzmi raczej jak podstęp podejrzanie wyglądającego osobnika, który wychodzi z dziwną propozycją niż oferta najlepiej prosperującego banku w Australii. Jednak aż do lutego tego roku GiroCredit usytuowany w Wiedniu reklamował swoje usługi przechowywania papierów wartościowych tym właśnie hasłem. Tekst reklamowy był równie niezręcznym zlepkiem żargonu przemysłowego i napuszonego tłumaczenia dokonanego przez kogoś, kto mimo specjalistycznej wiedzy na dany temat nie był rodzimym użytkownikiem angielskiego.

Reklamy pojawiały się regularnie w bankowych magazynach ilustrowanych, takich jak Institutional Investor i Global Investor, w których za pół strony trzeba zapłacić od £3,450 do £14,050 czarno-białej reklamy. Korespondent Onionskin zauważył to w amerykańskiej edycji Austrian Business. Dylemat GiroCredit uwydatnia jednak problem, z jakim spotyka się każdy, kto chce zlecić przygotowanie tekstów w języku obcym. Nawet native speakerzy nie są w stanie do końca ocenić stylu, a problem jest tym bardziej złożony, kiedy teksty są tłumaczone na inny język dla potrzeb międzynarodowych lub krajowych odbiorców.

Karl Plischke, którego nazwisko podano w reklamie jako osoby odpowiedzialnej, został poinformowany przez Onionskin o tym, że coś jest nie tak. ,,To hasło było w użyciu przez kilka lat” przyznaje, ,,przynajmniej odkąd zacząłem pracować w 1991 roku. „ Pan Plischke, jako rodowity Niemiec, podejrzewał, że z reklamą ,,coś jest nie w porządku” ale nie miał ani czasu, ani okazji, by zgłębić ten temat. Bank uznał jednak, że informacja jest dla klienta na tyle jasna, że zadzwoni, by dopytać o szczegóły oferty.

Ale – jako dowód, że firmy świadome swojego wizerunku dbają o to, co mówią i w jaki sposób to robią - Pan Plischke przekazał informację do Gesco, firmy zajmującej się reklamą dla GiroCredit. Dziesięć dni później Onionskin otrzymał nowy, o wiele lepszy tekst i zaskakujący komentarz: ,,Najśmieszniejsze jest to, że w naszym oddziale w Londynie pracują praktycznie sami Brytyjczycy, którym zawsze zlecamy sprawdzenie tekstu, zanim oddamy go do druku. Ale do tej pory zawsze byli zadowoleni z naszych reklam.”