Czytelnia / Kształcenie i zawód tłumacza

Pod wpływem drugiego nauczyciela języka angielskiego, pana Gilberto Rizzo, który teraz mieszka w USA i z którym prowadziłem bardzo długie rozmowy telefoniczne, moja znajomość angielskiego zaczęła się poprawiać. Kiedyś ktoś powiedział nam o korespondencyjnych przyjaciołach (Dr Sven V. Knudsen, Kopenhaga, Dania – ktokolwiek go pamięta?). Sam miałem kilku takich przyjaciół, a niedługo później pisałem już listy do kolejnych kolegów, którzy posługiwali się angielskim jeszcze gorzej ode mnie.

Na mój ostatni ustny egzamin z filozofii przyszedłem spóźniony, ponieważ stwierdziłem, że egzamin może poczekać, aż objaśnię pewne kwestie polityczne grupie znudzonych kolegów.

Nauczyciel – ojciec João Dias przywitał mnie po angielsku, mówiąc: „Spóźniłeś się”, a ja odpowiedziałem w tym samym języku słowami: „Lepiej późno niż wcale”. Obydwaj poczuliśmy, że ten, który jako pierwszy przejdzie na portugalski straci twarz, więc prowadziliśmy konwersację po angielsku. Nie był to dobry angielski, ale jednak angielski.

Jak już mówiłem, zostałem wyrzucony ze szkoły za to, że wielokrotnie nie zdałem.

Byłem kompletnie zdezorientowany. Mogłem bez problemu skończyć prywatną szkołę średnią i iść na studia, ale żyłem sobie, zarabiając na grze na akordeonie i udzielając prywatnych lekcji z przedmiotów, o których nie wiedziałem zbyt wiele. W tamtym okresie akordeon był modnym instrumentem, a ja grałem na nim dość dobrze. Przez pewien czas byłem nawet atrakcją, grając w żydowskiej telewizji, mimo iż nie jestem Żydem.

Ale w Sao Paulo nikt nie przywiązuje uwagi do takich szczegółów.

Przez pewien czas uczyłem angielskiego w lokalnej sieci szkół zwanej Escolas Fisk, a po ślubie otworzyłem swój własny biznes w Porto Alegre w południowej Brazylii. Okazał się totalnym niepowodzeniem i musiałem wrócić do São Paulo bez grosza. Kilka miesięcy później złapałem pracę jako tłumacz w firmie zajmującej się księgowością. Był rok 1970 i zbliżałem się do trzydziestki, ale dopiero wtedy odkryłem to, co powinno być dla mnie jasne, odkąd zacząłem pisać listy do moich przyjaciół korespondencyjnych w czasach szkoły średniej – tłumaczenie było moim życiem.

Na początku pracowałem w niepełnym wymiarze godzin, tłumacząc dla firm zajmujących się księgowością i dorabiałem na boku jako wydawca. Wkrótce zdecydowałem się pracować na pełnym etacie jako niezależny tłumacz.

Harowałem dopóki trzy czy cztery lata temu internet nie stał się czymś powszechnym.
Wtedy pojawiła się lista Trad-prt, a na niej tłumacze, dla których portugalski był językiem ojczystym. Jestem gadułą i zawsze chętnie wypowiadam nieobiektywne opinie w kwestiach, na których znam się chociaż trochę. Jestem oczywiście doświadczony w niektórych dziedzinach i moje rady były użyteczne. Ale jestem niemal pewien, że to moje żarty sprawiły, że stałem się znany.

Wtedy Gabe zaproponowała mi, żebym pisał dla Translation Journal. Mimo próżności, żeby nie powiedzieć zarozumiałości, jestem również niezbyt pewny siebie i muszę przyznać, że byłem przerażony tą propozycją. Ale mój pierwszy artykuł okazał się sukcesem, a kolejne stały się nieodłącznym elementem czasopisma i jestem z tego bardzo dumny.

Prowadziłem również seminaria w trzech brazylijskich miastach, w których brali udział ludzie z ośmiu stanów Brazylii.
Potem spędziłem niezapomniany tydzień w Portugalii, pracując w Lizbonie i rozmawiając ze studentami w Coimbra. Następnie były rozmowy ze studentami i pracownikami akademickimi na uniwersytetach oraz konferencje w Brazylii. Kolejny rok to seminarium w USA. Potem były glosariusze publikowane w Brazylii, z których pierwsze dwa już się pojawiły, a kolejne z pewnością pojawią się w niedalekiej przyszłości. I ostatnia, ale nie mniej ważna sprawa, pracuję teraz w niepełnym wymiarze godzin w firmie tłumaczeniowej, robiąc to i owo.

Wierzcie mi, w życiu można się świetnie bawić.