Czytelnia / Kształcenie i zawód tłumacza

W myśl Ustawy o Korporacjach (Business Corporation Act) z 1976 roku tylko urządzenia techniczne i maszyny, inwestycje długoterminowe i odroczenia podlegały indeksacji – w przeciwieństwie do kapitału własnego. Gdy jednak miesięczna inflacja groziła osiągnięciem trzycyfrowych liczb, okazało się to niewystarczające.

Oszczędzę czytelnikom wyjaśnień, na czym polegały nowe przepisy. Co dotyczy tłumaczy i odbiorców, wprowadzono nowy termin – correção monetária integral, co można przełożyć jako full indexation (pełna indeksacja).

Organizacje te w dalszym ciągu musiały publikować swoje bilanse z „częściową korektą monetarną” (partial monatary correction), jak nazwalibyśmy to dzisiaj, w praktyce więc publikowano sprawozdania z dwoma kolumnami liczb: jedną pela legislação societária (pursuant to the Business Corporation Act „zgodnie z Ustawą o Korporacjach”), tj. z „częściową indeksacją” (partially indexed) i drugą pela correção monetária integral – z „pełną indeksacją” (fully indexed). Doprowadziło to niejednego tłumacza do rozpaczy. Oczywiście, zagraniczni analitycy finansowi nie byli w o wiele lepszej sytuacji, mając przed sobą dwie kolumny różnych liczb.

W tamtym okresie było co najmniej 30 różnych wskaźników inflacji i toczono zacięte walki, który powinien regulować daną operację. Najdłuższe i najbardziej skomplikowane klauzule wszystkich kontraktów dotyczyły indeksacji, a większość przedsiębiorstw prenumerowała periodyk publikujący wszystkie wskaźniki stosowane przez ostatnie dziesięć lat lub dłużej.

Zarządzanie środkami finansowymi stało się kwestią nadrzędną. Przedsiębiorstwa miały ogromne salda gotówkowe, które każdego dnia reinwestowano. Reinwestowanie uważano często za lepsze użycie pieniędzy niż inwestycje w produkcję i określano mianem ciranda financeira, co można przetłumaczyć jako „finansową karuzelę” (financial merry-go-round), choć sama ciranda jest tańcem w kręgu. Zmiany te nie przyniosły wielu korzyści gospodarce.

Inflacja miała tak niszczący wpływ, że nikogo nie było stać, by czekać na zapłatę. Hurtownicy sprzedawali tradycyjnie 30 d.f.m. (30 dias fora o mês), co znaczy 30 days, not counting the current month (30 dni, nie licząc bieżącego miesiąca). Innymi słowy, jeśli detalista kupił od hurtownika, dajmy na to, olej 10 kwietnia, rachunek musiał być uregulowany 31 maja. Stopniowo okres ten został skrócony do jednego tygodnia od dnia dostawy.

Banki oferowały siedmiodniowe inkaso. Czeki były (i wciąż są) rozliczane w ciągu 48-72 godzin. Mimo że inflacja jest teraz bardzo niska, zachowaliśmy ten dobry zwyczaj. Moi klienci wciąż regulują rachunki najpóźniej w ciągu dwóch tygodni, na co zazdrosnym okiem patrzą koledzy za granicą, którzy muszą czekać kilka miesięcy na rozliczenie.

Drobni sklepikarze także sprzedawali na kredyt, zgodnie ze świętą tradycją „kadernety” (po portugalsku: caderneta, co znaczy „książeczka”). Klienci posiadali tzw. „kadernetę”, którą brali do sklepu, ilekroć czegoś potrzebowali. Właściciel zapisywał cenę zakupu w „książeczce”. Raz na miesiąc następowało rozliczenie rachunku. Stopniowo wpisy w „kadernecie” przybrały formę opisową zamiast cen. Pod koniec miesiąca rachunki były regulowane na podstawie cen obowiązujących w dniu rozliczenia, a nie wartości w dniu zakupu.