Czytelnia / Kształcenie i zawód tłumacza

Wszystko, co czyni tłumaczenie technicznym (tutaj użyte w bardzo luźnym sensie, by objąć wszystkie rodzaje tłumaczeń od medycznych po prawnicze), to specyficzne wyrażenia jako sztuka sama w sobie. Sztuka, którą tłumacze często gardzą, ponieważ woleliby przekładać literaturę, tak jak prawdopodobnie nasza znajoma.
Nasza koleżanka chyba właśnie gardzi tekstem, który tłumaczyła. Zdarza się to często i zawsze jest błędem. Niestety wielu tłumaczy tkwi w przekonaniu, iż najlepszym przedsięwzięciem w ich pracy jest przekład literatury i potem nie potrafią upaść tak nisko, żeby przetłumaczyć tak przyziemne teksty, jak pełnomocnictwo czy instrukcja obsługi. Uważają to za poniżające.

Ja tak nie myślę, ale nie będę rozwijał tego tematu. Chodzi mi o pogardę, która zaślepia tłumaczy i nie pozwala dostrzec niuansów i problemów występujących w oryginale. Jeśli zlekceważycie tekst jako niezrozumiały bełkot, nie poświęcicie mu tyle uwagi, ile wymaga dobre tłumaczenie.

Być może nasza znajoma powinna była odrzucić zlecenie z powodu tego, że ją upokorzyło. Albo może powinna zmienić swoje oczekiwania tłumacza; zastanawiamy się przede wszystkim nad tym, co ona uważa za niezrozumiały bełkot i dopóki nie zmieni swojego punktu widzenia, będzie bardzo nieszczęśliwym tłumaczem.

Mam przed sobą wszystkie swoje słowniki i nie mogę znaleźć odpowiedników. Na miłość boską, czy ktoś może mi powiedzieć gdzie znajdę dobry portugalsko-angielski słownik prawniczy lub jakąś stronę internetową z porządnym glosariuszem?

Tłumacz otoczony słownikami jest jednym z tych złudzeń, które straszą wyobraźnię laików – ale i wielu tłumaczy. Sterta słowników nie czyni dobrym tłumaczem – tak jak dobry aparat fotograficzny nie uczyni nikogo dobrym fotografem czy też posiadanie samochodu Formuły 1 nie zrobiłoby ze mnie kierowcy wyścigowego.

Ograniczyłem wiarę w słowniki. Ktoś, kto napisał to, co teraz tłumaczę, nie zawsze kieruje się słownikiem. Raczej jest zupełnie odwrotnie: słowniki niejako podążają za tym, co napisali ludzie i zawierają jedynie użycie uważane za „poprawne”, jakiekolwiek jest znaczenie. Oczywiście zawierają tylko rzeczy sprawdzone. A ludzie, który piszą słowniki mają również swoje uprzedzenia.

Ponadto nie ograniczam się do wspaniałych glosariuszy ze stron internetowych czy do tych przekazywanych między tłumaczami w ramach sukcesji apostolskiej. Doszedłem do wniosku, że pełno w nich bzdur. Nie są one bezużyteczne, jednak sugestie z nich wynikające (jak również te od znajomych, specjalistów i innych tłumaczy, które znajdujemy na listach adresowych czy na Proz [Proz.com - strona internetowa poświęcona tłumaczeniom]), przed skorzystaniem, należy bardzo dokładnie przeanalizować.

Jednak nie wolno nam zapomnieć, że koleżanka pytała o słownik dwujęzyczny. Słowniki są bardzo potężną bronią i nie powinno się zostawiać ich w niedoświadczonych lub niewyszkolonych rękach. Słowniki dwujęzyczne są bardziej niebezpieczne od jednojęzycznych, ponieważ dają tłumaczom złudne poczucie bezpieczeństwa. A im większe, tym bardziej niebezpieczne: Jest ten wielki słownik, wydany przez to duże wydawnictwo i napisany przez takich specjalistów, a w nim „X” = „Y”. Więc mogę przetłumaczyć „X” jako „Y”.

Niestety, to nieprawda. W najlepszym przypadku, słownik podaje, że znaleźliśmy co najmniej jeden przykład słowa „X”, który według naszej najlepszej wiedzy i przekonania, powinien być przetłumaczony jako „Y” i uznany za odpowiedni do słownika. To nie znaczy, że przykład słowa X w naszym tekście należy tłumaczyć jako Y. Jest to bolesna lekcja, ale musi nauczyć się jej każdy, kto planuje w przyszłości zostać dobrym tłumaczem.

Inwestowanie w słowniki jest godne pochwały, sam mam ich kilkaset. Jednak jeśli chodzi o tłumacza technicznego, słowniki na niewiele się zdają bez paru dobrych, technicznych podręczników oraz innych publikacji, najlepiej z dobrym indeksem, aby zrozumieć, o czym pisze autor.