Czytelnia / Kształcenie i zawód tłumacza

Słuchajcie, dostałam to zlecenie…

Pierwsze zlecenie? Prawdopodobnie. Kiedyś studentka zapytała mnie, czy uważam, że jest gotowa, by rozpocząć pracę zawodowego tłumacza. Odpowiedziałem jej, że nie i nigdy nie będzie. Nikt nigdy nie jest gotowy. Tłumaczenie jest zbyt trudne dla każdego, i dla ciebie, i dla mnie. Robimy to, ponieważ ktoś musi i my jesteśmy właśnie tym „kimś”. Dlatego musimy kiedyś jakoś zacząć. Jeśli będziecie czekać, aż będziecie gotowi, umrzecie jako tłumaczeniowa dziewica. Więc czasem ktoś musi zdobyć się na ten krok. Zamknijcie oczy, zmówcie pacierz i skaczcie.

Interludium na temat potrzeby korepetycji

Niestety, nie ma sposobu, by skok był łatwiejszy. Wiele razy przychodził do mnie jakiś nowicjusz i proponował rodzaj porozumienia, które ułatwiłoby przejście ze studenta na tłumacza. Może pozwoliłbym im robić łatwiejsze rzeczy, może mógłbym redagować ich pracę, może to, może tamto…

Tak jak w pracowniach renesansowych malarzy, gdzie początkujący, zanim byli gotowi do malowania draperii, malowali tło, a mistrz poprawiał ich prace i uczył nowych sztuczek.

Nie ma mowy. Udzielanie lekcji neofitom jest przedsięwzięciem godnym uznania, ale przyzwoite korepetycje trwają długo – a czas to pieniądz. Nie ma sensu jedynie rzucić okiem, poprawić gdzieniegdzie błędy, a następnie odesłać tekst twórcy z błogosławieństwem. Profesjonalne zlecenie (nawet, jeśli wykonuje je nowicjusz) powinno być dokładnie zredagowane, a praktykant powinien wiedzieć za każdym razem, dlaczego wprowadzono korektę, gdzie wystąpił błąd i zaproponowano jakieś rozwiązania. W profesjonalnym tłumaczeniu nie ma „tła do malowania”.

Tak naprawdę porządne omówienie i ocena strony tłumaczenia zajmuje więcej czasu niż kolejne zlecenie – nawet jeśli praca początkującego jest bardzo dobra. Komentowanie trwa o wiele dłużej niż tłumaczenie.
Biorąc pod uwagę nasze ramy czasowe („Bez pośpiechu, na wczoraj będzie dobrze!”) oraz fakt, że praktykanci musieliby płacić za lekcje lub korepetytorzy doznaliby uszczuplenia i tak już skromnych dochodów, przekonacie się, że powyższa propozycja studenta nie ma racji bytu.

Koniec interludium dotyczącego potrzeby korepetycji

Zatem znowu neofici muszą zamknąć oczy i wskoczyć do otchłani tłumaczeń. Otchłań w języku greckim oznacza „studnię bez dna” i tutaj całkiem pasuje: im głębiej nurkujesz, tym jest głębiej. To właśnie zrobiła moja koleżanka. Na jej drodze pojawiła się praca, a ona złapała ją za włosy niczym grecką boginię fortuny. I teraz musi się z tym uporać.

… i nie mogę nic pojąć…

To jest chyba największy problem, jaki staje przed tłumaczem: niezrozumienie oryginału. Gdy tylko go zrozumiecie, przekład zaczyna przybierać pewną formę w waszej głowie i musicie go tylko zapisać. Im lepiej rozumiecie tekst źródłowy, tym lepsze będzie wasze tłumaczenie. Myślę, że Schleiermacher powiedział coś o podobnym wydźwięku, jednak to było dawno temu.

Jeśli nie możecie zrozumieć oryginału, bądźcie pewni, że odbiorcy nie będą w stanie zrozumieć waszego tłumaczenia. Co więcej, złe tłumaczenia wynikają z błędnego zrozumienia oryginału, a nie z braku biegłej znajomości języka docelowego.

Waszym pierwszym zadaniem powinno być więc opanowanie umiejętności bardzo dokładnego zrozumienia tekstu źródłowego. Jeśli próbujecie tłumaczyć coś, czego nie rozumiecie, pójdzie wam nie lepiej niż Babelfish [internetowy program tłumaczeniowy] – a jest on nie tylko szybszy niż którykolwiek ze znanych mi tłumaczy, ale również tańszy. Pomyślcie o tym i wróćcie do tekstu, by go rozszyfrować. Zróbcie to. TERAZ!