Czytelnia / Kształcenie i zawód tłumacza

Koniec już blisko

Ten artykuł zrobił się już za długi. I wcale nie jest dobry. Niezbyt dobrze zorganizowany, wygląda bardziej jak zlepek przerobionych odpowiedzi na maile niż jak logiczne przedstawienie tematu. Szczerze tego żałuję. Tłumaczenia fascynują mnie pod każdym względem, ale choć ich teoria i praktyka są dość obszernie opisane w dostępnej literaturze, to z ekonomicznego punktu widzenia, czyli tłumaczenie jako sposób zarabiania na życie, jako zawód, temat ten wymaga jeszcze głębszego rozważenia. Rozważenia, a nie tylko standardowego bezsensownego bełkotu.

Chciałbym napisać książkę o biznesie tłumaczeniowym. Ale ponieważ nie mogę, piszę artykuł, który załatwia jednocześnie kilka spraw. Jednak zanim oficjalnie go zakończę i przekażę wydawcy Translation Journal, muszę jeszcze poruszyć dwie delikatne kwestie: zniżki i biura tłumaczeniowe.

Na co ta zniżka?

Wiele lat temu do moich drzwi zapukał młody lekarz. Trzymał w ręku plik kopii artykułów medycznych i zapytał, ile będzie kosztowało tłumaczenie. Przedstawił mi obszerne wyjaśnienia, iż nie zamierza wykorzystywać mojej pracy do uzyskania jakichkolwiek zysków. Przetłumaczone teksty miałyby przysłużyć się jego pracy doktorskiej na temat jakiejś tajemniczej choroby serca, czy czegoś w tym rodzaju.

To był początek mojej kariery tłumacza i nie miałem zbyt wiele roboty, tak więc podałem bardzo niską stawkę (dziś za żadne pieniądze nie wziąłbym się za tekst medyczny) i wykonałem zlecenie. Nie widzę nic złego w przyjęciu niskopłatnej pracy, gdy alternatywą jest bezczynność. Można nie mieć dużo do zrobienia, ale swoje trzeba odpracować. Trzeba jednak zaznaczyć, że moja praca miała na celu osiągnięcie pewnego zysku: młody lekarz chciał uzyskać tytuł, awans, lepszą pensję i stały etat. Wszystko to dostał, częściowo dzięki mojej pracy. Tak więc nie miało to nic wspólnego z „działalnością charytatywną”.

Ludzie często przychodzą z takimi prośbami. To taki mały emocjonalny szantaż. Jeśli nie masz nic lepszego do roboty, przyjmuj zlecenie. Zawsze to praktyka, może zaowocować kolejnymi zleceniami i w końcu awansujesz z „sympatycznego faceta, który tłumaczy z miłości” na „tłumacza, który wysoko się ceni”, jak to stało się ze mną. Zdarzają się też prace na tzw. akcje społeczne. Ich koordynatorzy dostają spore wynagrodzenie za wykonanie swojego zadania lub za zebranie funduszy dla organizacji. Albo jeszcze zlecenia od wydawców, którzy uważają, że wydawanie książek to żaden interes w kraju, w którym działają. Ale właściwie to żyją z zysków swoich wydawnictw.

Kiedy ktoś prosi o zniżkę, trzeba pamiętać, że nie da się zapłacić w sklepie rachunku na $130 USN kwotą $100 USN dlatego, że udzieliło się komuś zniżki, zarabiając w ten sposób $100 USN.

To samo dotyczy sytuacji, gdy w agencji powiedzą: „Ta robota nas wykończyła i sporo kosztowała, więc mamy bardzo uszczuplony budżet. Może zgodzi się Pan na X za słowo?” .
I znowu, jeśli akurat panuje zastój w interesach, to oczywiście propozycję należy przyjąć. Ale nie dlatego, że agencja twierdzi, że to sporo kosztowało (co równie dobrze może być nieprawdą), ale dlatego, że nie masz nic lepszego do roboty. Innymi słowy, jeśli trzeba – policz mniej. Ale nie bądź głupi.

Biura tłumaczeniowe

Chyba dobrze będzie jak ten artykuł zakończy się kilkoma słowami na temat biur tłumaczeniowych. Tłumacze tak samo często komentują zarobki sekretarek i hydraulików, jak i to, jakie pieniądze robią biura. Powiem na ten temat dwie rzeczy. Po pierwsze: to nie nasza sprawa. Po drugie: nie ma innego sposobu, by się o tym przekonać, jak tylko zajrzenie w rachunki firmy. To, że biuro płaci $15 USN za tłumaczenie, a sprzedaje je za $25 USN wcale nie znaczy, że jego właściciel zagarnia 40% zysku, ponieważ biuro też ma swoje wydatki i niewielu z nas tak naprawdę ma o nich pojęcie.