Czytelnia

W sierpniowym wydaniu polskiej wersji Forbsa pojawił się artykuł, który „bawiąc uczy, ucząc przeraża”. Przedstawia on krótką scenkę sytuacyjną, jaka ma miejsce w pewnej korporacji, w której pracownicy posługują się dość dziwnym językiem. Trochę przypomina on slang rodem z "Mechanicznej pomarańczy" Anthony’ego Burgessa. To, co na początku lat 60. było lingwistycznym eksperymentem, obecnie określane jest mianem "języka korporacyjnego".

Twórcą tego zjawiska są firmy, które swój język ujawniają już w momencie poszukiwania pracowników. Coraz rzadziej w ogłoszeniach wymiane są sekretarki, czy księgowe. Teraz szuka się osób na stanowisko: assistanta lub account managera. Zamiast dyrektora personalnego poszukiwany jest human resources manager. Po przebrnięciu przez kolejne etapy rekrutacji można nagle znaleźć się wśród osób, które porozumiewają się językiem ni to polskim, ni angielskim. Konia z rzędem osobie, która bez trudu zrozumie co znaczy zdanie: „Krzysztofie, wiesz, nie lubię sobie goli strzelać, ale ta kreacja jest od czapki. Ani to edżi, ani keczi i w ogóle nie wiadomo, co my komunikujemy; gdzie tu mesydż ja się pytam?”. Tłumaczenie tej wypowiedzi można znaleźć w sierpniowym wydaniu Forbesa, w artykule pod tytułem: "Bez apruwala dla łormiastego lengłydża". Niestety jest on dostępny jedynie w wersji papierowej, ale warto się wybrać do biblioteki, aby przeczytać niemal dwie strony o „kritikal situłejszyn w krawiaciarni, zagłębiu białych kołnierzyków i Ataku Klonów w Warszawie”.

Niczym odpowiedź na sierpniowy artykuł Forbesa, niedawno pojawił się pomysł utworzenia Słownika Terminów Byznesowych na wortalu www.serwiskariery.pl Przez cały październik udostępniony jest tam formularz, dzięki któremu internauci mogą zgłaszać swoje propozycje słówek i terminów wraz z ich tłumaczeniem.

Oprac. na podstawie Forbes nr 8/2005 i www.serwiskariery.pl