Czytelnia

Inna klientka zapłaciła sto dolarów za przetłumaczenie trzech zdań na francuski. Jej syn chciał się upewnić, że Francuzka, której zamierzał oświadczyć się po francusku, powie „tak". Zastanawiam się, czy klęczał przed wręczeniem jej pierścionka. Założę się, że tak. Był bardzo comme il faut (czyli chanto po japońsku; pojęcie to nie ma dokładnego odpowiednika w języku angielskim, prawdopodobnie dlatego, że tak mało osób przejmuje się jego poprawnością). Zastanawiam się, czy oświadczyny zostały przyjęte i czy nadal są razem.

Większość ludzi uważa, że tak naprawdę nie potrzebuje tłumacza. I rzeczywiście tak jest. Z wyjątkiem takich momentów, jak narodziny, ślub, pójście do szkoły, śmierć... wtedy nagle zaczynają nas potrzebować, tak jak potrzebują lekarzy, położnych, nauczycieli, przedsiębiorców pogrzebowych czy firm obsługujących przyjęcia.

Cieszę się, że spośród wszystkich zawodów, jakie rozważałem w młodości, wybrałem właśnie ten. W jakiej innej pracy płacono by mi za wtykanie nosa w nie swoje sprawy? Trenerka w siłowni, do której chodzę poćwiczyć w porze obiadowej, powiedziała mi kiedyś: „W jakiej innej pracy płacono by mi za torturowanie ludzi?" (co skłoniło mnie do zasugerowania jej, że może być dominą). Może i mogłaby nią być, jednak zastanawiam się, z jakiej innej pracy ja mógłbym się utrzymywać.

Spójrzmy prawdzie w oczy, nie mam żadnej wiedzy. Wyjątkiem jest te kilka języków, których znajomość mogę udawać na tyle dobrze, żeby otrzymywać za to zapłatę. Zostałem więc tłumaczem. To lepsze, niż jedyny zawód, do wykonywania którego mam wystarczające kwalifikacje, czyli pobieranie opłat na moście Golden Gate.

Moje tłumaczenia nie zawsze są idealne. Jeśli w życiu istnieją jakiekolwiek idealne rzeczy, to jest ich niewiele. Jednak uwielbiam swoją pracę tak, jak trenerzy w mojej siłowni swoją, i jestem równie przekonany o jej znaczeniu jak oni.

Jeśli nie lubisz tego, co robisz, prawdopodobnie nie robisz tego zbyt dobrze i powinieneś robić coś innego. Zadaniem trenerów na siłowni jest ratowanie życia klientów poprzez zatrzymywanie procesu starzenia się. Dzięki odrobinę głupiemu amerykańskiemu optymizmowi, tak zauważalnemu dla takich cudzoziemców, jak ja, może się im to udać. Przynajmniej na jakiś czas.

Jednak na wypadek niepowodzenia i niemal nieuniknionej, ostatecznej porażki, moim zadaniem jest zatroszczyć się o to, by nazwa miasta w Niemczech, Francji, Japonii, Polsce, Rosji czy Czechach, w którym urodził się ich klient, była poprawnie zapisana w nekrologu. Jeśli to nie jest ważna praca, nie wiem, co nią jest.

Chyba nie chciałbyś, aby nazwa rodzinnego miasta była błędnie zapisana w twoim nekrologu, prawda?