Czytelnia

Jeśli dana osoba nie przypadnie mi do gustu, mówię, zgodnie zresztą z prawdą, że niestety nie przyznano mi żadnych oficjalnych uprawnień i czekam, aż niedoszły klient rozłączy się. Tak naprawdę moi klienci nie mają się o co martwić. Moje tłumaczenia wyglądają bardzo oficjalnie. Drukuję je na moim papierze, na którym umieszczonych jest kilka japońskich znaków. Dzięki japońskim lub chińskim znakom, każdy dokument wygląda bardzo oficjalnie, szczególnie gdy nie wiadomo, co oznaczają.

Do moich doskonałych tłumaczeń dołączam krótkie zaświadczenie, w którym przebiegle obiecuję dokładność (jednak jedynie w zakresie własnych możliwości, które oczywiście są ograniczone). Co więcej, na każdej stronie stawiam odcisk okrągłej, wypukłej pieczęci o treści OFICJALNE TŁUMACZENIE napisanej wielkimi literami. Możecie mieć taką pieczęć za 25 dolarów.

Zazwyczaj po zszyciu kilku stron, odciśnięciu wypukłej, oficjalnie wyglądającej pieczęci na każdej stronie i dodaniu uroczystego zaświadczenia na końcu, dokument wygląda bardziej oficjalnie niż oryginał (oczywiście z wyjątkiem niemieckich oświadczeń pod przysięgą, gdyż nic nie wygląda bardziej oficjalnie, niż niemieckie oświadczenia pod przysięgą).

W ciągu dwudziestu kilku lat mojej pracy nie kontaktowała się ze mną ani Służba Imigracji i Naturalizacji, ani inne instytucje, które codziennie otrzymują dokumenty osobiste, co utwierdza mnie w przekonaniu, że błędy, które popełniam przy „legalizowaniu" małżeństw, rozwodów, dyplomów, narodzin i zgonów innych ludzi są stosunkowo rzadkie i/lub niewielkie, w przeciwieństwie do błędów popełnianych przez tych ludzi.

Czasami dokumenty osobiste przechodzą przez firmę lub agencję adwokacką, zazwyczaj w ramach procesu sądowego lub dochodzenia ubezpieczeniowego. Tłumaczyłem kiedyś napisany odręcznie raport japońskiego prywatnego detektywa dotyczący młodego Amerykanina, który przyjechał do Tokio studiować japoński, wykupił bardzo wysoką polisę na życie i niespodziewanie zmarł na AIDS. Raport zawierał zdjęcia jego mieszkania i rozmowy z sąsiadami.

Tłumaczyłem także kilka raportów, również napisanych odręcznie, autorstwa japońskiego łowcy talentów, który z interesująco japońskiego punktu widzenia oceniał rosyjskich badaczy w jednym z moskiewskich instytutów, gdzie japońska firma zatrudniała najbardziej utalentowanych naukowców za skandalicznie niskie stawki.

Zdarzyło się również kilka gejowskich listów miłosnych, których zazdrosny Amerykanin nie mógł zrozumieć. Albo seria listów i pocztówek napisanych na przestrzeni kilkunastu lat przez czeską parę, która wyemigrowała do Ameryki około 170 lat temu i korespondowała z krewnymi z Austro-Węgier.

Ich język nie różnił się znacząco od współczesnego czeskiego, jednak użyte w nich pismo odręczne było bardzo trudne do odczytania, gdyż w tamtych czasach posługiwano się szczególnym, niemieckim pismem podobnym do Schwabach (znanym również pod nazwą Blackletter; było to pismo używane w zachodniej Europie od około 1150 do 1500 roku, a w krajach niemieckojęzycznych - do XX wieku).

Najczęściej jednak dokumenty osobiste, zazwyczaj bardzo krótkie, trafiają do mnie dzięki małej reklamie w Panoramie Firm. Jeśli akurat jestem zajęty, żądam stu dolarów bez względu na długość dokumentu. Jedna z klientek zapłaciła sto dolarów za kilka zdań nabazgranych po francusku na odwrocie pocztówki, którą otrzymała od buddyjskiego mnicha. Po jego śmierci zapragnęła dowiedzieć się, co usiłował jej przekazać.