Czytelnia

W epoce najżywszych stosunków dyplomatycznych z Wschodem Muzułmańskim w XVI i XVII wieku jako tłumacze języków wschodnich służyli zwykle przedstawiciele zamieszkujących Rzeczpospolitę narodowości znających języki wschodnie z tytułu swego pochodzenia czy też bliskich związków ze Wschodem a więc Ormianie, Karaimi, Tatarzy polscy [1]. Poza tym wielu dyplomatów polskich znało języki wschodnie, mogąc przez to kontrolować pracę tłumaczy. Mimo tego odzywały się wciąż skargi na niesumienność doraźnych tłumaczy.

Wiek XVIII, który niesie ze sobą głębokie przeobrażenia w organizacji dyplomacji dokonuje i reformy w instytucji tłumaczy, zwanych na Wschodzie dragomanami. Z jednej strony, pod wpływem poprzednich doświadczeń, zaczyna się zdawać sprawę z tego, że do użytku dyplomatycznego trzeba znać coś więcej niż wulgarny pograniczny, mówiony język, który wtedy znali nasi Ormianie czy inni tłumacze z pogranicza, że trzeba znać język dyplomatyczny, język akt, dokumentów, naszpikowany słowami i całymi zwrotami perskimi i arabskimi, nie mówiąc już o tym, że dragoman musiał znać też i same te języki arabski i perski. Musi więc wytworzyć się warstwa, warstwa kształconych dragomanów, rekrutująca się w dużej mierze z „Franków" tj. zamieszkujących Turcję Europejczyków. Obok tego ponawiane są wciąż próby zawodowego kształcenia dragomanów w specjalnych szkołach i wysyłania ich następnie jako ,,jeunes des langues" do Stambułu dla nabycia praktyki w języku**. Idzie to w parze — tak w Polsce jak i w innych krajach — z zanikiem znajomości języków wschodnich u samych dyplomatów polityków, mężów stanu. Era Zbaraskich, Sobieskich kończyła się.

Praktyka administracyjna doprowadziła w Polsce w XVIII wieku do utworzenia się trzech typów tłumaczy. Z jednej strony tłumaczy potrzebowały instytucje centralne a więc tak kancelaria koronna, jak i hetman wielki koronny, w którego ręku, przez jakiś dziwny usus administracyjny, spoczywały stosunki z sułtanem tureckim, chanem tatarskim itd., z drugiej zaczęła się wytwarzać instytucja tłumacza pogranicznego, na granicy tureckiej, zwykle w Kamieńcu Podolskim. Wreszcie jadące do Stambułu poselstwa też musiały korzystać z usług tłumacza, a o ile nawet nie uzyskano — mimo wielokrotnych starań — ,,permanencji" dla posła polskiego nad Złotym Rogiem, to jednak tłumacz często tam rezydował nawet pod nieobecność posła, pełniąc funkcje agenta ad interim.

Na początku XVIII wieku stan jest wpierw tak jak poprzednio. Tłumaczami są pograniczni Ormianie. A więc przy boku Adama Sieniawskiego funkcjonuje Szymon Donabiedowicz, zależny od lwowskiego magistratu, królowie Sasi wysyłają do Stambułu Nikorowiczów ze znanej kupieckiej rodziny ormiańskiej utrzymującej żywe stosunki ze Wschodem, wreszcie w Kamieńcu osiada tłumacz Zachariasz Krzysztofowicz (1730). Jego następca, Mikołaj Czerkies to faktycznie ostatni reprezentant tej dawnej klasy z pogranicznej ludności rekrutujących się tłumaczy. Do tłumacza kamienieckiego należały delikatne zadania nawiązywania pewnego kontaktu z turecką stroną, utrzymywanie stosunków z baszą chocimskim, z hospodarem w Jassach, zbieranie informacji z tamtej strony. Wtedy jednak gdy przyszła chwila, że te informacje naprawdę nabędą wagi, gdy od pogranicznych kontaktów mogły zależeć rzeczy ważne, okazało się że na tłumaczach pogranicznych nie można polegać, że pograniczna znajomość kaba türkςe nie wystarcza a służba u handlarza pasów wschodnich i wywiadowcy handlowo-politycznego królów polskich Szymona Nikorowicza[2] nie zastępuje kwalifikacji dyplomatycznych.

--
1) B a r a n o w s k i B., Ormianie w służbie dyplomat. Rzeczypospolitej, „Myśl Karaimska", nr 1, 1946, Z a j ą c z k o w s k i An., Turcja, (Polska i Polacy w cywilizacjach Świata) t. I, zesz. III, Warszawa 1939.

2) P i c a v e t, Le franςais et les langues etrangeres dans la diplomatie aux temps de Louis XIV, Rev. des Sciences Polit. 1928, X—XII, 582. C e c h e t t i L' insegnamento del turco e del l' arabo in Venezia, Rev. Orientale, Florencja 1868, I, 11.

3) M a ń ko w s k i T., Sztuka Islamu w Polsce, 1935, 62-63.