Czytelnia

Posługiwanie się pogranicznymi Ormianami w czasach dawniejszych jak i późniejsze korzystanie z usług Lewantyńców z Pery nie mogło zadowolić w pełni Stanisława Augusta, marzącego o reformie dyplomacji na sposób zachodnioeuropejski. Ormianie z Kamieńca nie znali ani języka dyplomatycznego Porty, ani tajników dywanu. Dragomani z Pery znali może język dyplomatyczny, umieli się obracać po przedpokojach ministeriów tureckich, ale nie znali znów polskich stosunków, nie znali spraw, które mieli referować. Inne państwa europejskie też stale narzekały na dragomanów. „Tłumacze . . . ani wiernie nie doniosą o tym Turkom co im kazano, ani nie zdadzą wiernego sprawozdania. . . Nie przynoszą oni korzyści i więcej mogą przynieść szkody niż sam poseł" — pisze Włoch Businello [1].

„Gdy dragoman jest oszustem, ambasador jest oszukiwany, i najważniejsze sprawy przybiorą dla niego bieg skomplikowany, ciemny, mętny. Czy jest choć jeden, któryby nie spostrzegł że jego dragoman zmienia słowa, które ma przetłumaczyć?" — to opinia francuskiego podróżnika Oliviera [2]. „Ministrowie ich potrzebują" — pisze inny znów Francuz Langeron — ,,bo sami nie mogliby się rozmówić. Ale ponieważ ministrowie obcy nie wiedzą, co dragomani mówią, mogą oni mówić to, co zechcą. . . [3].

Oddawna też powstawały rozmaite szkoły mające za zadanie kształcenie kwalifikowanych dragomanów, ale i one nie dawały wyników. Na wzór tych zakładów Stanisław August założył też w Stambule w r. 1766 Szkołę Orientalną, skąd wychodzić mieli nowi dragomani. Ale w szkole tej znów byli obok siebie Polacy i Lewantyńczycy. Brak było kierownictwa, któreby ich nauce języków nadało określony kierunek. Bo przecież nie mógł go nadać Pangali... Dla jednego z pierwszych uczniów język turecki był „morzem do wypicia' [4]. Inny znów elew, Nikorowicz, ze znanej kupieckiej rodziny ormiańskiej znał potoczny turecki (k a b a t ü r k c e) ale nie okazywał żadnej pilności w innych naukach. I on odpadt. Zostało trzech, których Boskamp podczas swej misji 1776-1778 promował na dragomanów.

Jeden z nich, Michał Dederkat, krewny Aleksandrowicza, został drogomanem pogranicznym w Kamieńcu Podolskim. Miał on opinie zdolnego, skromnego, pracowitego. W lecie 1777 r. pokonawszy rozmaite przeszkody (statek, którym jechał, rozbił się na Morzu Czarnym) zainstalował się Dederkał w Kamieńcu, wkrótce wysłany był przez komendanta Kamieńca Wittego do paszy chocimskiego, ale był on słabego zdrowia i w r. 1778 zmarł [5].

Opróżnione stanowisko tłumacza jezyków wschodnich w Kamieńcu Podolskim objął inny wychowanek stambulskiego zakładu, syn dawnego tłumacza Rzeczypospolitej a siostrzeniec byłego dragomana polskiego Pangallego, Piotr Giuliani. Brai on udział w r. 1779 jako tłumacz w wyprawie Trynitarzy, udających się w gląb Turcji celem wykupu jeńców polskich. Osiedliwszy się w Kamieńcu, Giuliani jak i poprzedni tłumacze zajmował się wywiadem pogranicznym, kontaktami z baszą chocimskim. W r. 1782 jeździł do Jass z fermanem Porty dla hospodara mołdawskiego w sprawie importu polskich wódek do Mołdawii. Gdy ok. r. 1781 wysuwany był projekt wprowadzenia do szkoły w Kamieńcu nauki języka tureckiego, Giuliani był kandydatem na nauczyciela. W r. 1785 przeniesiony został na takie same stanowisko tłumacza pogranicznego języków wschodnich do Mohilowa nad Dniestrem.

--
[1] B u s i n e l l o, Histor. Nachr. von der Osman. Monarchie. Lipsk 1770, 220-221.
[2] O l i v i e r G. A., Voyage dans l'empire ottoman, Paryż 1801, 211-213.
[3] H u r m u z a k i, Doc. priv. la ist. Roman., Supl. I, 3 str. 65.
[4] „Une mer à boire...", Boskamp do Ogrodzkiego z Pery, 24 lipca 1766, Czart. 625
[5] Listy Jana de Witte, wyd. Krzyżanowski, Kraków 1869, 2 i 3.