Czytelnia

Giuliani miał poza tym opinie właśnie człowieka biegłego w językach i sprawach wschodnich. Pod jego wskazówkami, jako biegłego orientalisty, przygotowywano misje podkomorzego litewskiego Mniszcha do Turcji (1756), w której sam wziął udział, tak samo jak i w poselstwie Podoskiego (1760). Poza znajomością wschodnich arkanów dyplomacji, Giuliani miał opinie biegłego orientalisty i znawcy wszelkich gałęzi wiedzy o Wschodzie. Był znawca medycyny orientalnej, opracował historię Turcji (pracę tę pozostawił w rękopisie), zebrał też piękny zbiór książek i rękopisów wschodnich. Niestety u schyłku życia miał on rzekomo zawieść pokładane weń zaufanie i przy tłumaczeniu akt z jezyka tatarskiego dopuścić się jakichś omyłek, które pociągnąć za sobą miały szkodę dla Polski w rokowaniach z Tatarami. Zarzuty, które mu z tego powodu czyniono tak go przejęły, że ze zgryzoty dostał ataku serca i umarł [11].

Współcześnie Z Giulianirn był jeszcze jakiś tłumacz też Lewantyniec, niejaki Serafin, zmarły ok 1764.

W ramach wielkiej reformy aparatu administracyjnego zainicjowanej jeszcze przez Czartoryskich podczas konwokacji po zgonie Augusta III a kontynuowanej następnie przez Stanisława Augusta nie mogło zabraknąć i reformy dragomanatu polskiego, która jest przedmiotem wielkiego zainteresowania tego króla, doceniającego w pełni korzyści płynące z wykwalifikowanych tłumaczy jeżyków wschodnich. Jeszcze za konwokacji Czartoryscy, potem na początku panowania i król angażują szereg nowych tłumaczy, mających z jednej strony zapełnić powstałe wakanse, z drugiej zaś uzupełnić źle dotychczas funkcjonujący aparat do tłumaczeń dokumentów i listów w językach wschodnich.

Angażowanie to odbywa się jednak dość przypadkowo i dlatego nie zawsze przynosi spodziewane korzyści. Sekretarz kancelarii koronnej Ogrodzki skarży się w r. 1767, że „mamy więcej tłumaczy niż nam potrzeba, nie wiemy nawet co z nimi robić" [12].

Zaangażowany został na tłumacza języków wschodnich do Warszawy jeszcze podczas bezkrólewia Antoni Saadet, niewątpliwie Lewantyńczyk, ale rychło okazało się, że nie posiada on odpowiednich kwalifikacyj językowych. Ogrodzki skarży się, że „Saadet nie umie tłumaczyć, musi mieć słowniki, trzeba go oddalić, niech Boskamp wyszuka innego" [13]. O Saadecie więcej już nie słyszymy, zdaje się, że opuścił Polskę, na jego miejsce zaangażowany został przez Boskampa Antoni Łukasz Crutta.

Antoni Łukasz Crutta należy już do owych dynastyj dragomanów, gdzie całe rodziny z ojca na syna zajmują się tlumaczostwem, obojętne od dworu, któremu się służy, zmieniając poselstwa przy których się funkcjonuje jak rękawiczki. Antoni Crutta.pochodził z Albanii i zwal się Albańczykiem, choć czasem uważano go za Toskańczyka; był on niewątpliwie albańskim Włochem, katolikiem i zdaje się, że poddanym weneckim. Rodzina Cruttów znana była w Albanii. Sam Crutta nie był nigdy żadnym kanclerzem weneckim jak to w niektórych bałamutnych życiorysach dotychczas figuruje, ale był pierw tłumaczem od r. 1747 a następnie kanclerzem konsulatu weneckiego na Cyprze. Zaangażowany przez Boskampa, przybył w listopadzie 1765 roku do Warszawy, przelotnie towarzyszył jeszcze poselstwu Aleksandrowicza do Stambułu, poczym osiadł w Warszawie jako tłumacz kancelarii koronnej z wyznaczoną przez Senatus Consilium a potwierdzoną przez sejm 1766 roku pensją 600 cz. złotych rocznie. W r. 1768 wysłany był na pogranicze podolskie, aby pomóc nieco niezdarnemu w dyplomacji Czerkiesowi przy kontaktach z baszą chocimskim, którego Crutta znał jeszcze ze Stambułu, Crutta rniał bywać w Chocimie, ale nie ,,gua delegatus od króla, ale tak niby przypadkiem i aby dawał do zrozumienia, że król nie jest partyzant Moskwy . . . [14].

--
11) Nekrolog Giulianiego „przeszłego oryentalnych języków tłumacza", w Suplemencie do Wiadomości Warszawskich, nr 47, z 12 czerwca 1765. Nie wiadomo dlaczego A s k e n a z y w Die lefzte polflische Kdnigswahl, Getynga 1894, czyni go „markizem" (str. 60); tytuł ten jest zresztą też w jakimi doniesieniu agenta mołdawskiego La Roche i. ok. 1760 druk. u I o r g a, Documenie priritoare la familia Callimschi, Bukareszt 1902, jest to niewątpliwie jakaś pomyika przy przepisywaniu, gdyż rodzina Giulianich (prawdopodobnie pochodząca z Wenecji, gdzie tego nazwiska było szereg drukarzy i księgarzy w XVII i XVIII w. por. L e g r a n d, Bibl. Hellen. I, 97, III, 429) nie była wogóle rodzina szlachecką i nasz Giuliani był nobilitowany w 1765. por. Vol. Leg. VIII, I69.
12) Boskamp i. Warszawy do Everhardta 15 czerwca 1767, Czartor.
13) Ogrodzki do Boskampa do Zaleszczyk 13 grudnia 1764 (Czartor. 625).
14) L u b o m i r s k i, Pamiętniki, 11.