Czytelnia

Tylko w przypadku, gdy w ogóle nie posługiwali się angielskim, mogłem szkolić z nimi mój japoński. Moja żona wyjaśniła mi to tak: „Jak tylko widzę twoją twarz, muszę mówić po angielsku.”

Pamiętam, gdy raz poszedłem z japońskimi znajomymi z pracy do restauracji w Tokio i  chciałem odpowiedzieć na żart, jaki kelnerka opowiedziała nam po japońsku. Wydawało mi się, że to co powiedziałem było całkiem śmieszne do momentu, gdy zobaczyłem jej twarz.

Popatrzyła na moich japońskich znajomych i powiedziała po japońsku, ignorując mnie kompletnie: „ Nienawidzę, kiedy „gaijin” tak się zachowuje”. Nigdy w życiu nie poczułem się tak urażony. Myślę, że po kilku latach w Japonii wiem, jak może czuć się Murzyn lub Azjata, mieszkając głownie między białymi.

Nagle zacząłem tęsknić za domem. Właściwie za Kalifornią. Gdy w końcu moja żona dostała w ambasadzie Stanów Zjednoczonych w Tokio wizę potrzebną do zielonej karty, rzuciłem pracę i pojechaliśmy w podróż poślubną do Hokkaido (miejsce, które moja żona zawsze chciała zobaczyć), a potem wróciliśmy do San Francisco.

Znowu chodziłem znanymi ulicami, patrzyłem na kolejki liniowe przeładowane turystami, marznącymi w szortach i koszulkach we mgle w San Francisco, biegałem po Golden Gate Park, wraz z żoną wypróbowywaliśmy koreańskie i wietnamskie restauracje w Richmond, dzielnicy San Francisco, gdzie wówczas mieszkaliśmy. Cieszyłem się, że znowu mogę być w domu. Nikt nie był zdziwiony, widząc moją białą twarz i słysząc mój śmieszny akcent. Mógł wydawać się ciekawy, ale nie niezwykły. Nie w San Francisco.

Wówczas Alex Shkolnik, tłumacz techniczny z rosyjskiego i japońskiego w San Francisco, przedstawił mnie Donaldowi Philippi, który jak się później okazało, mieszkał w sąsiedztwie, kilka przecznic ode mnie.

Czytałem tłumaczenie Kojiki (japońską wersję mitologicznego stworzenia świata) Dona, i inne japońskie legendy, kiedy w latach siedemdziesiątych studiowałem japoński w Pradze. Moja ówczesna dziewczyna (ta, która nie chciała ze mną jechać do Ameryki) podarowała mi przekład angielskiej wersji Kojiki (na słowacki) na moje urodziny w 1977.

Gdy byłem u Dona w domu, w którym trzy sypialnie na drugim piętrze zostały zamienione w gabinet z półkami uginającymi się od słowników technicznych, etymologicznych i innych publikacji encyklopedycznych, wówczas oświeciło mnie, że mógłbym zarabiać na życie, wzorując się na Donie. Był pierwotnie lingwistą bez żadnego zaplecza technicznego. I to lingwistą nie byle jakim.

Przez wiele lat pracował w Japonii nad swoim pierwszym słownikiem języka Ainu— pierwotnego języka mieszkańców Japonii, i przetłumaczył Kojiki (japońską mitologię) i Norito (starą modlitwę wyznawców Shinto) na angielski. Ale ponieważ o wiele łatwiej jest zarabiać na życie, będąc tłumaczem technicznym japońskiego niż tłumacząc japońską mitologię, ostatecznie zdecydował się zostać tłumaczem technicznym specjalizującym się w reaktorach jądrowych.

Don znał również biegle rosyjski, który uwielbiał. Spędziliśmy wiele wieczorów, oglądając wiadomości po rosyjsku, śledząc rozpad Związku Radzieckiego, dyskusje rosyjskich polityków, kartkując rosyjskie słowniki etymologiczne i słuchając niezwykłej kolekcji płyt Dona, w której miał wszystko, od muzyki Byzantine po śpiew gardłowy mongolskich koczowników. Don organizował również spotkania z japońskimi tłumaczami w Bay Area, aż do swojej śmierci w 1993 roku.