Czytelnia

Po raz kolejny postanowiłem zrezygnować. Wykupiłem wycieczkę dla siebie i mojej dziewczyny do Jugosławii, potem stopem przekroczyłem granicę Jugosławii z Austrią, później z Niemcami (już bez mojej dziewczyny, która nie chciała tam jechać ze mną).

Będąc w Niemczech, wystąpiłem o wizę imigracyjną do USA, Kanady i Australii, jako że wszystkie te kraje przyjmowały politycznych uchodźców z Europy we wczesnych latach osiemdziesiątych. Ambasada Stanów Zjednoczonych we Frankfurcie jako pierwsza udzieliła mi pozwolenia na wyjazd i w lecie w 1982 byłem już w San Francisco.

Przez pierwsze trzy lata pracowałem jako reprezentant informacji dla zwiedzających  w Biurze Kongresowym w San Francisco. Praca ta polegała głównie na tłumaczeniu ludziom w języku angielskim, japońskim i w językach europejskich, jak dostać się z centrum do Fisherman’s Wharf, Yosemite i Wine Country. Zacząłem również pracować dla biura tłumaczeń w San Francisco, w tamtym momencie przekładałem tylko na czeski proste rzeczy, takie jak akty urodzenia czy korespondencję, wszystko to na maszynie do pisania.

Moja praca była łatwa i przyjemna. Stałem się bezsprzecznym ekspertem San Francisco albo przynajmniej musiałem udawać, że nim jestem, mimo śmiesznego środkowoeuropejskiego akcentu. Po prawie trzydziestu latach spacerowania ulicami Pragi i średniowiecznych miastach Czech i Niemiec, spacerowałem ulicami San Francisco, jeżdżąc kolejką liniową ze śródmieścia, gdzie pracowałem do mojego małego taniego mieszkania, które cudem znalazłem w dolnej części Nob Hill, z widokiem na panoramę dachów z jednej strony i na chińskie restauracje kilka kroków dalej.

Co sobota zwykłem uprawiać jogging, biegłem od Joyce Street, na której mieszkałem, do Golden Gate Bridge i z powrotem. Przez większość tygodni w okresie teatralnym dostawałem darmowe bilety i wejściówki do teatru i na koncerty, nawet do opery w San Francisco.

Wkrótce po tym, jak poślubiłem Yoko w 1984 roku, postanowiłem wyjechać z nią do Tokio. Trzy tygodnie zajęło mi znalezienie pracy tłumacza w małej japońskiej firmie zajmującej się importem samochodów BMW z Niemiec. Było to nowe przedsięwzięcie dla tej firmy, a moja praca obejmowała tłumaczenie z niemieckiego na angielski i z niewielką pomocą japońskiej sekretarki również na japoński i z japońskiego na angielski.

Zacząłem również przyjmować zlecenia z biur tłumaczeniowych w Tokio. Pamiętam jedno długie tłumaczenie (po rosyjsku) dokumentacji dotyczącej projektu rurociągu gazowego na Syberii. Wszystkie te przekłady wykonywałem na maszynie do pisania, chociaż w mojej pierwszej pracy w Pradze w latach 1980 – 1981, tłumacząc dla Czechosłowackiej Agencji Prasowej, używałem komputera.

Spacerowałem ulicami Tokio, ucząc się rozkładu metra i linii autobusowych, tak jak to robiłem w Pradze, Nuremberg i Monachium, a kilka lat później w San Francisco.

W odróżnieniu od większości „gaijins” (obcokrajowców), którzy mnie otaczali, potrafiłem czytać znaki i rozmawiać z Japończykami. Ale ku mojemu zaskoczeniu, oni starali się do mnie mówić łamanym angielskim, nie akceptując tego, że jakiś „gaijin” może rozumieć, co mówią w ich własnym języku. Po jakimś czasie przywykłem. Jeżeli upierali się i mówili do mnie po angielsku, nie upierałem się przy japońskim.