Czytelnia

Zwiedziłem Niceę, Monte Carlo, pojechałem w Alpy i do Paryża. Miałem wówczas bardzo mało pieniędzy, tylko tyle, ile udało mi się zarobić w wakacje pracując w Alpach Nadmorskich. Ale wszyscy dookoła mnie mówili w tym pięknym języku i mogłem w końcu używać w praktyce mojego szkolnego francuskiego, udoskonalanego przy pomocy uproszczonych książek i audycji nadawanych przez francuskie radiostacje, podczas rozmów z rodowitymi Francuzami. 

Uczyłem się francuskiego i łaciny przez cztery semestry na Uniwersytecie Karola w Pradze. Nadal kochałem francuski i wszystko co francuskie, ale moja pierwotna pasja do łaciny zaczynała wygasać.  Nie było nikogo, z kim mógłbym po łacinie porozmawiać.

Chciałem słuchać Radia Watykan na krótkich falach, ale nie były to zbyt interesujące audycje (nie dlatego, że były prowadzone przez księży). Nawet w małym stopniu nie tak interesujące jak we „France-Inter”, gdzie puszczali niesamowite piosenki w wykonaniu Aznavoura i Adamo, a późno w nocy były wywiady z paryskimi gwiazdami muzyki pop.

Napisałem list do Włoszki, która szukała korespondencyjnego przyjaciela, a w swoich zainteresowaniach umieściła łacinę. Zrobiłem na niej wrażenie, pisząc po łacinie, ale gdy odpisała mi po angielsku, wiedziałem, że powinienem przestawić się z łaciny na języki współczesne. Wówczas nie mogłem już wyjechać do Francji czy Włoch, nawet gdy mój korespondencyjny przyjaciel mnie zapraszał.

Podróże do krajów zachodnich, ciężkie i drogie w krótkim okresie liberalizacji w latach sześćdziesiątych, w latach siedemdziesiątych były prawie niemożliwe. Uniwersytet odrzucił moje podanie o przeniesienie na kierunek związany z językami współczesnymi zamiast łaciny i greki. Miałem do wyboru albo skończyć moją kombinację (łacinę i francuski), albo rzucić studia.

Reguły były bardzo surowe, w przeciwnym razie za dużo ludzi zmieniałoby zdanie, co utrudniało życie wykładowcom. Zastanawia mnie, czy uniwersytet był tak samo nieugięty w 1343, kiedy został założony i gdy językiem wykładowym była łacina, a jedynym językiem obcym klasyczna greka, jak w 1972 roku, kiedy to odrzucił moje podanie o przeniesienie na kierunek języków współczesnych. 

Rzuciłem studia i przez dwa lata służyłem w czechosłowackim wojsku, po dwóch latach złożyłem papiery na ten sam uniwersytet na inną kombinację językową, tym razem angielsko-japońską. Prawdą jest, że w życiu do wszystkiego przysługują nam dwie szanse. Wówczas dostałem swoja drugą szansę i nie chciałem jej zaprzepaścić. Byłem przerażony.

Brawurowo wybrałem japoński – przeczytałem gdzieś, że japoński jest najtrudniejszym językiem do nauczenia, więc jak mógłbym się temu oprzeć? Ale czy naprawdę byłbym w stanie nauczyć się tych krzywych znaczków? Po 25 latach muszę przyznać, że jest to rzeczywiście najtrudniejszy język do nauczenia. Obecnie jestem całkiem niezłym początkującym i mam jeszcze całe życie, by się doskonalić. 

Ukończyłem studia z tytułem magistra z japońskiego i angielskiego w roku 1980 i dostałem pracę jako tłumacz zdalny w Czechosłowackiej Agencji Prasowej w Pradze. Było to interesujące zajęcie.

Tłumaczyłem dla kilku agencji prasowych najświeższe wiadomości i z czasem przekładałem z niemieckiego, francuskiego, rosyjskiego na czeski (z japońskiego nie było nic), istniała też możliwość, że zostanę wysłany za granicę, do Tokio jako zagraniczny korespondent.  Był tylko mały haczyk. Musiałbym wstąpić do Partii Komunistycznej.