Czytelnia

O rabatach

Danilo i Vera Nogueira

tłum. Anna Bolibok

Źródło: www.accurapid.com

Potencjalny klient przysłał mi e-maila z zapytaniem o stawkę za wykonanie jakiegoś tłumaczenia. Przedstawiłem mu swoje propozycje, a on napisał ponownie, aby poprosić mnie o rabat. Co się zmieniło? Niektórzy tłumacze mają bzika na punkcie rabatów i oferują je na lewo i prawo, zanim nawet poproszą o nie klienci. Zleceniodawca pyta, jaką stawkę proponują, a oni odpowiadają: moja zwyczajowa stawka wynosi 10 dolarów za słowo, ale udzielę Panu/Pani 20% rabatu. Inni tłumacze mają bzika do tego stopnia, że udzielają rabatów, nie mówiąc nawet o tym klientom. Kiedy klient dzwoni, mówią sami do siebie: Udzielę mu 20% rabatu, i gdy tylko pyta, ile powinien zapłacić, zamiast powiedzieć 10 dolarów, od razu obniżają stawkę do 8 dolarów. Potem jednak, gdy klient prosi o rabat, nie wiedzą, co odpowiedzieć. W rzeczywistości nigdy nie podają zwyczajowej stawki, ale to już inna historia. Są i tacy, co mówią: proszę nie pytać, jaka jest moja stawka: moja stawka jest Pana/Pani stawką. Mój słownik nazywa zjawisko to żebractwem, jak również całkowitym brakiem profesjonalizmu. Ciągle pamiętam rozmowę kwalifikacyjną, którą moja mama przeprowadzała w połowie lat 50. z kobietą, która raz w tygodniu miała pomagać jej w obowiązkach domowych. Gdy spytała ją, jakiej zapłaty oczekuje, odpowiedziała tylko: zadowoli mnie każda kwota, jaką mi Pani zaproponuje. Byłem wtedy bardzo młody, jednak poczułem się zażenowany. Kobieta ta oferowała przecież swoje usługi, a nie żebrała.

Nie ma nic złego w tym, że klient dąży do obniżenia stawki, którą zawsze można zaakceptować lub odrzucić. Jednak oferowanie swoich usług obojętnie za jaką cenę jest poniżające i tym samym nieprofesjonalne.

Inni tłumacze podbijają stawki po to, aby później mogli udzielić rabatu, nie tracąc zbyt wiele. Jest to dla mnie forma nagradzania złych klientów, ze szkodą dla tych dobrych, ponieważ oznacza to, że ci, którzy nigdy nie proszą o rabat, płacą więcej niż ci, którzy wciąż nas o niego dręczą.

Mądre odpowiedzi na niemądre pytania

Parę lat temu wysłałem kilka „mądrych odpowiedzi na niemądre pytania” na liście dyskusyjnej dla tłumaczy. Umieszczono je na forum ProZ i nagrodzono odpowiednio wysoką liczbą punktów. Dziwnym trafem zniknęły, ale te same odpowiedzi zostały podane przez anonimowego użytkownika na różnych stronach internetowych. Były całkiem zabawne i przydały mi się parę razy, jednak przestałem z nich korzystać dawno temu. Mądre odpowiedzi mogą być bardzo zabawne, często prowadzą do coraz dłuższych dyskusji, które coraz bardziej odbiegają od tematu w różne strony i prowadzą donikąd. Po 15 minutach błyskotliwej wymiany zdań przez telefon, klient mówi: Zapłacę Panu/Pani 5 dolarów za słowo i ani centa więcej. Tak oto wracamy do punktu wyjścia.

Obecnie mam w zwyczaju udzielać takich odpowiedzi, które skracają dyskusję. Dzięki temu tracę mniej czasu na bezsensowne rozmowy i pozyskuję klienta przez zaskoczenie – można to nazwać pewnego rodzaju pułapką. Przede wszystkim dbam o to, aby niezależnie od klienta moje stawki zawsze były takie same i żeby moja praca była wydajna. Tak więc tłumaczenie po niższej cenie oznaczałoby wyrzucanie pieniędzy w błoto. Wszystko to sprawia, że klient jest podwójnie zaskoczony, ponieważ jak zapewne wiecie, wszyscy klienci przypuszczają, że nie mamy innych ofert i że kiedy do nas dzwonią, z niecierpliwością czekamy na ich zlecenie. W ten sposób klient zostaje wytrącony z równowagi i wtedy posługuję się techniką, którą poznałem dzięki książce „Zostań mistrzem boksu”. Korzystam z sytuacji i ponownie atakuję, mówiąc, że mam tyle zleceń, że poważnie myślę o podwyższeniu stawki.

Często technika podwójnego uderzenia wystarczy. Jest lepsza niż zawyżanie stawek, aby nie ponosić dużych strat w przypadku udzielenia rabatu. Klient czuje się szczęśliwy, że uniknął podwyżki i zazwyczaj oferuje mi pracę.