Czytelnia

Częściowo za sprawą biuletynu tłumacze mieszkający w rejonie Zatoki San Francisco poznali się, a wkrótce po zaprzestaniu wydawania biuletynu Don zaczął organizować spotkania dotyczące spraw tłumaczy w swoim domu. Najczęściej zajmowano się tam tłumaczeniem technicznym z japońskiego, lecz nie zawsze.

Ponieważ Don był znaną osobistością nie tylko w Zatoce, ale także w Japonii i innych krajach, był w stanie przyciągnąć prelegentów wyspecjalizowanych w wielu kwestiach.

Niektórzy z nich pochodzili ze Wschodniego Wybrzeża, z wybrzeża Północno-Zachodniego, Południowej Kalifornii, Japonii, Anglii ... są to nieliczne przykłady jakie jestem w stanie przytoczyć.

Pod pewnymi względami te spotkania były podobne do regularnych spotkań NCTA [Northern California Translators Association - Związek Tłumaczy Północnej Kalifornii], które w tamtym okresie odbywały się w San Francisco - przedstawiciele agencji rozdający wizytówki, wydawcy słowników promujący swoje nowe wydawnictwa - jeden z właścicieli Inter Press Japan Corporation pochodzącej z Japonii, oraz Don niezwłocznie kupujący wszystkie jego słowniki, włącznie z Sanjugomango Daijiten (wielki techniczny słownik japońsko-angielski zawierający 350 000 terminów technicznych, wydany w 1986 - 250 000 terminów technicznych i poprawiony w 1990).

Sam zakupiłem sobie duży słownik, jak tylko udało mi się zaoszczędzić 800 dolarów. Ciągle pamiętam cenę, bo była tak wysoka.

Spotkania były w pewnym sensie kontynuacją biuletynu, za wyjątkiem tego, że tłumacze zamiast czytać, dużo ze sobą rozmawiali.

Dowiedzieliśmy się, w jakiej dziedzinie pracowali, jakie projekty realizowali, które słowniki były najlepsze, i nieuchronnie wydawaliśmy spore sumy na słowniki w księgarni Kinokuniya w japońskiej dzielnicy San Francisco.

Uczestnicy spotkań przynosili ze sobą jedzenie i wino, a po prelekcji i dyskusji w mieszkaniu Dona oraz na dole w kuchni odbywała się część towarzyska.

Społeczność niezależnych tłumaczy narodziła się w rejonie Zatoki  San Francisco - nagle okazało się ilu jest ludzi w tym rejonie - tuż za rogiem, którzy nie otrzymują jak większość regularnego czeku z wypłatą, a jednak dają sobie radę z opłacaniem swoich rachunków.

W połowie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych pojęcie niezależnego tłumacza nie było tak powszechne jak w dzisiejszych czasach. Praca była postrzegana jako miejsce, do którego się chodzi, a nie coś, co robisz.

Przekonanie ludzi dojeżdżających do swoich biur w śródmieściu, że traktujemy naszą pracę tak samo poważnie jak inni, albo nawet jeszcze bardziej.

W tamtych czasach niezależnemu pracownikowi było trudniej dostać kredyt hipoteczny. Ponadto, kiedy powiesz komuś, że pracujesz w domu przed komputerem tłumacząc patenty z japońskiego, niemieckiego lub angielskiego, najczęściej spotkasz się z pełnym niedowierzania spojrzeniem. Spotkanie z ludźmi, którzy są w stanie zarobić na życie bez gwarancji ze strony pracodawcy, dodawało otuchy.