Czytelnia

Przez przynajmniej sto lat podstawą przy określaniu honorarium tłumacza, zwłaszcza w USA, była stawka za słowo. Pomimo wielu sugestii oraz pojedynczych prób zmiany tej podstawy, ciągle jest to najczęściej spotykany system fakturowania w środowisku tłumaczy.

Naturalna wydajność komputerów wpłynęła na wzrost produktywności tłumaczy, co w efekcie umocniło dominującą pozycję systemu naliczania płacy.

Od kiedy komputer stał się głównym narzędziem pracy tłumacza, nikt nie zakwestionował stosowanego sposobu naliczania opłaty za powtarzające się słowa lub frazy czy też całe fragmenty, które nie są całkiem identyczne, lecz bardzo podobne.

Przeważający pogląd na ten temat był taki, że powinno się wynagrodzić czas pracy tłumacza, nawet jeśli tak właściwie nie tłumaczy on słów, lecz jedynie tworzy gotowe fragmenty tekstu, kopiuje, wkleja, porównuje i/lub weryfikuje.

Jednak pojawienie się narzędzi do tłumaczenia wspomaganego komputerowo (CAT) oraz ich wdrożenie na szeroka skalę radykalnie zmieniło sytuację ekonomiczną.

Tłumacze, zwłaszcza ci względnie nowi na rynku, chętnie przystali na ideę wynagrodzenia tylko i wyłącznie za słowa raz przetłumaczone i na to, że ich czas i wiedza potrzebne do przemieszczania słów oraz przestawiania fraz lub ich elementów, czyli do przemieszczania danych w celu skonstruowania pełnego i trafnego przekazu absolutnie nie zasługują na pieniężną rekompensatę. Zachowanie tłumaczy XXI wieku przypomina trzodę maszerującą w pełnej rezygnacji, bez cienia protestu do rzeźni.

Dla autora nie jest ważne, co spowodowało tę zmianę w rozumowaniu i pomysł, że tłumacze powinni być opłacani jedynie za tak zwane „nowe wyrazy" lub ich drańskich krewnych - „częściowe zgodności". Ważne jest to, kto zakrzewił taki sposób myślenia i kto najbardziej korzysta na takim systemie.

Wielu pozaetatowych tłumaczy uważa za głównych „winowajców" agencje tłumaczeniowe, które obecnie są zarządzane przez językowo zielonych biznesmenów, dla których liczy się tylko zysk i marketing.

Nieliczni właściciele agencji, którzy zgodzili się wypowiedzieć na ten temat, twierdzą, że to klienci zmuszają agencje do takich zmian, w celu obniżenia kosztów tłumaczenia.

W tej sytuacji agencje nie mają innego wyjścia niż wywieranie presji na pozaetatowych tłumaczy, aby zaakceptowali zapłatę jedynie za tłumaczenie „nowych słów"... po stawkach, które byłyby atrakcyjne w 1978 roku!

Na dokładkę mamy jeszcze postawę stowarzyszeń tłumaczy, które są coraz bardziej zafascynowane maszynami oraz technologią wspomagającą tłumaczenia, zamiast wynikającym z tego wpływem na gospodarkę.

Co gorsza, niektóre z nich wskoczyły do łóżka producentów CAT i innych narzędzi do wspomagania tłumaczeń, ślepo acz radośnie akceptując pokaźne dochody z reklamy. W dodatku organizacje translatorskie zachęciły swoich członków do używania tej technologii, uwzględniając jedynie to, że zwiększają one sprawność i wydajność.