Czytelnia

Z ostatnich wydań „The Chronicle"wynika, że wielu czytelników na ostatnie pytanie odpowiada głośnym i zdecydowanym NIE!. Ale martwią mnie pozostali, którzy są mniej pewni swojej odpowiedzi.

Jeden z byłych członków Zarządu poinformował mnie rok temu, że ATA to właściwie zrzeszenie amatorów - przynajmniej we wszystkich sprawach niezwiązanych z branżą tłumaczeniową - i że jak najbardziej właściwe (a nawet wskazane) jest, by ATA pozostało organizacją amatorów, bez względu na niepowodzenia, jakie mogą z tego wynikać.

Osoba ta miała trudności w zrozumieniu czegoś, co dla mnie było dość oczywiste, i co starałem się jej wyjaśnić, a mianowicie, że wiele organizacji zaczyna amatorsko, lecz z czasem - o ile rozwiną metody nie naruszające wyznaczonych celów - dążą do profesjonalizmu w swojej branży. Stanowi to standardowy proces kształtowania dojrzałości organizacji.

Nasza organizacja ze wszech miar unikała przez kilkanaście lat właśnie tego rodzaju dojrzałości. Teraz wreszcie pojawia się szansa (o ile nie jestem w wielkim błędzie), że ATA w końcu dorośnie.

Jak właściwie ATA miałoby wyglądać i jak różnić od tego, co zdobyliśmy do tej pory?

Proszę przyjrzeć się egzemplarzowi „Chronicle", który macie Państwo w rękach, porównać go z wydaniem sprzed trzech lub pięciu lat i wyobrazić sobie podobne zmiany we wszystkich obszarach aktywności ATA (łącznie z jak dotąd nieistniejącymi). Wtedy zdobędziecie Państwo wyobrażenie o tym, czym może stać się nasze stowarzyszenie.

Na początek bardziej dojrzałe ATA regularnie współpracowałoby z największymi graczami w świecie handlu, mediów, kultury i rządu. Regularnie współsponsorowałoby eventy, projekty, badania i wystawy z wiodącymi spółkami, agencjami, i instytucjami.

Nazwa i zasady ATA byłyby dobrze znane oraz powszechne w licznych publikacjach tutaj i za granicą. Zatrudnialibyśmy osobę od PR-u na pełen etat, którą opłacalibyśmy z pieniędzy otrzymywanych dzięki rosnącej liczbie kontaktów (Tą osobą nie będę ja - do tego czasu już dawno zdążę zająć się czymś innym).

Dysponowalibyśmy także pracownikiem odpowiedzialnym za pozyskiwanie partnerów finansowych, zatrudnionym początkowo na pół etatu a docelowo na cały etat. Jego stanowisko zależne byłoby od pozyskania 30 000 $ za każde 5000 $ płacy.

Takie ATA cieszyłoby się dobrymi relacjami z czołowymi biurami międzynarodowymi i korporacjami oraz miałoby znaczenie w mediach. Tłumacze pisemni i ustni byliby wyszukiwani jako źródła informacji, mogliby nawet zyskać swój czas antenowy jako goście talk show lub uczestnicy quizów.

W kwestii bardziej naukowej, poglądy o języku wyłożone w „Studiach nad tłumaczeniem" cieszyłyby się takim szacunkiem jak tzw. badania Chomsky'ego lub zwolenników „decon-recon-pono". Krótko mówiąc, tłumaczenie byłoby traktowane jako główny element spajający i podtrzymujący inne aspekty wiedzy, a nie tylko jako jej podsegment.

Czy to wszystko to coś więcej niż tylko sen? Czy możliwe jest, by kiedykolwiek się zrealizował? Może to kogoś zdziwi, ale odpowiedź brzmi „zdecydowanie tak", chociaż trzeba wprowadzić co najmniej dwa zastrzeżenia.